Na szczęście robię w innej dyscyplinie
Staszek Soyka zagrał w filmie „Jutro będzie lepiej” biorącym udział w Konkursie Nowych Filmów Polskich na 10. Festiwalu Nowe Horyzonty
Jak się czuje 50-letni debiutant?
S.S.: Świetnie. Ale muszę przyznać, że jak oglądałem film po raz pierwszy, na festiwalu w Gdyni, byłem bardzo stremowany. Nie wiedziałem, jak zniosę swój widok na dużym ekranie. Dorota mnie uspokajała – mówiła, że zrobiłem swoje i wszystko jest OK.
Propozycja zagrania w filmie musiała bardzo Pana zaskoczyć. Dotychczas – poza etiudą w łódzkiej w filmówce, gdzie grał Pan pianistę nie wymienionego w czołówce – z tą branżą wspólnego Pan nic nie miał.
S.S.: Propozycja zaskoczyła mnie tak bardzo, że za pierwszym razem odmówiłem.
Nie korciło Pana, żeby zmienić zdanie?
S.S.: Nie, bo zdaję sobie sprawę, że talentu nie mam. Jestem za to smakoszem aktorstwa – wiem, że to niezwykle wymagający zawód i żeby coś w nim osiągnąć potrzeba i daru, i pracowitości, i charyzmy.
Niech Pan nie będzie taki skromny!
S.S.: Nie jestem. Moje beztalencie wyszłoby na jaw, gdybym wystąpił na deskach teatru. A w filmie praca wygląda przecież inaczej. Na planie Dorota objaśniała mi każdy kolejny krok, a ja jej pokornie słuchałem. I wychodziło kilkusekundowe ujęcie zrobione z kilkunastu minut materiału. Było mi o tyle łatwiej, że w przeszłości, podczas nagrywania koncertów czy teledysków, bywałem „podmiotem filmowanym” i praca z kamerą nie była mi zupełnie obca.
Długo dał się Pan prosić, żeby na ten plan w ogóle wyjść?
S.S.: Zgodziłem się na drugim spotkaniu, kiedy Dorota wyjaśniła mi, że nic złego ani mi, ani jej filmowi nie grozi. Wiedziałem, że umie świetnie prowadzić niezawodowych aktorów i to mnie ostatecznie przekonało. Poza tym bardzo szanuję ją za typ wrażliwości, jaki prezentuje i za to, że nigdy w swych filmach nie mówi o rzeczach obojętnych.
I co, spodobał się Panu flirt z X muzą?
S.S.: Spodobać spodobał, ale do dziś dziękuję Bogu, że robię w innej dyscyplinie. Praca na planie „Jutro będzie lepiej” utwierdziła mnie w przekonaniu, że film to niebywale kompleksowa sztuka. Żeby się nim parać, trzeba wykazać się niezwykłym heroizmem. A przebywanie na planie jest niezwykle żmudne – wymaga opanowania i jednocześnie trwania w stanie „al dente”. No i te koszty! Wyprodukowanie płyty to nic w porównaniu z wyprodukowaniem filmu, nawet bardzo skromnego.
Na co dzień jest pan kinomanem?
S.S.: Owszem, ale podobnie jak w przypadku literatury skłaniam się ostatnimi laty ku dokumentom, albo filmom pokroju „Mikrokosmos”. Tę produkcję widziałem kilkakrotnie w kinie i bardzo na mnie wpłynęła. Do dziś jak jest pełnia lata i dobra, nieskoszona łąka, potrafię się położyć i godzinami oglądać własny film pod tytułem „życie stworzonek bożych poniżej kolana”.
Ale zmiana zawodu Panu nie grozi?
S.S.: Moi fani mogą spać spokojnie – jesienią wydaję świetną płytę. Znajdzie się na niej dziewięć piosenek z moją muzyką do nieznanych wierszy Agnieszki Osieckiej.
Skąd je Pan wytrzasnął?
S.S.: Agata Passent pozwoliła mi pogrzebać w rzeczach matki. Piękne rzeczy tam poznajdywałem, ale o tym już innym razem.
Rozmawiała: Maja Mazur
« powrót do t-mobile nowe horyzonty


























