W co wierzyć? Gdyby odpowiedzi na to fundamentalne pytanie mieli udzielać twórcy mockumentów, odpowiedź brzmiała by: w nic. I nikomu. Fałszywe dokumenty, będące często pastiszem stylu, drwiną z konwencji samego gatunku, zgrabną mistyfikacją, która dowodzi, jak łatwo i chętnie ulegamy złudzeniom, zrobiły się ostatnio szalenie popularne.

T-mobile Nowe Horyzonty to kolejny (choćby po Watch Docs czy Planete Doc) festiwal, który przypomina klasyki mockumentu. „Oto Spinal Tap”,”Człowiek pogryzł psa”, „Człowiek na księżycu” czy legendarne słuchowisko „Wojna światów” autorstwa Orsona Wellesa, które postawiło w stan alarmu Amerykę (we Wrocławiu odtwarzane w ciemniej kinowej sali) to tylko niektóre tytuły przeglądu.

Jednym z moich ulubionych mocku jest pokazywany także we Wrocławiu „Incydent w Loch Ness”, opowieść o wyprawie Wernera Herzoga w poszukiwaniu słynnego potwora. Udział w takim projekcie wymagał od niemieckiego reżysera autoironii i poczucia humoru, nie mówiąc o aktorskim talencie – i Herzog doskonale spisał się, jako opętany kolejną obsesją reżyser – wizjoner wypatrujący potwora i toczący batalię z hollywoodzkim producentem.

Pierwsi na Księżycu, reż. Aleksei Fedorchenko

Cała przewrotka polega na grze z wizerunkiem: na ekranie widzimy więc prawdziwego Herzoga, który wciela się w Herzoga szalonego-artystę, postać wykreowaną przez media.

Herzog na Nowych Horyzontach nikogo nie dziwi, ale pewnie niewielu spodziewałoby się, że na tym właśnie festiwalu znajdzie się film Petera Jacksona, twórcy „Władcy Pierścieni”. A jednak, w sekcji mockumentów wszystko jest możliwe. Pośród perełek – fałszywek wyłowić można także „Zaginione srebro” (1995) duetu Costa Botes/Peter Jackson, opowieść o Colinie McKenzim, nowozelandzkim mistrzu kina, który był pionierem dźwiękowego i kolorowego filmu, jako pierwszy wymyślił zbliżenie (przez przypadek), skonstruował napędzany rowerem projektor (to też niechcący, rower napędzać miał zupełnie inną maszynerię) czy wyprodukował z jajek emulsję do taśmy filmowej.  

Ów geniusz nakręcił zaginione dzieło, „Salome”, które przedzierając się uprzednio przez dżunglę, pośród zarośniętych ruin gigantycznej scenografii przypominającej Angkor Wat, odkrywają Jackson i Botes. Dwa filmowcy-zapaleńcy rekonstruują fragmenty arcydzieła, o którym mówi się, że jest ważkie, niczym „Obywatel Kane”, a przy okazji rekonstruują też burzliwe losy samego McKenziego. To klasyczny biograficzny dokument: znalazły się w nim i stare fotografie z sepiowymi postaciami przodków mistrza; gadające głowy (wśród nich sam hollywoodzki gigant Harvey Weinstein) i różne dziwne archiwalia przypominające burzliwe losy artysty najpierw niezrozumianego w domu, szukającego szczęścia na własną rękę, przeczołganego przez okopy wojny hiszpańskiej, przeżywającego osobiste tragedie, uwikłanego w politykę (przedstawicielka rosyjskiej ambasady, niejaka Aleksandra Newska wyjaśnia związki McKenziego ze Stalinem). 

Hard Core Logo 2, reż. Bruce McDonald

Film o McKenzim wywołał burzę w nowozelandzkich mediach. A potem prawdziwy sztorm, gdy okazało się, że cała historia jest wyssana z palca, zaś perfekcyjnie wystylizowaną na nieme kino „Salome” nakręcił Peter Jackson.

Dzięki nieistniejącemu McKenziemu jak najbardziej istniejący Jackson stał się w swoim kraju bardzo znaną postacią (dotąd był „tylko” znaną). Wiele lat później stworzył w swoim kraju gigantyczne studio filmowe, które zbudowało imponującą scenografię do „Władcy Pierścieni” i wymyśliło innowacyjne technologie. Jackson stał się dla nowozelandzkiej kinematografii tym, kim mógłby stać się McKenzie, gdyby tylko istniał. 

No dobrze, ale w co w takim razie wierzyć? Oczywiście w prawdę ekranu. 

Pobierz aplikację T-Mobile Nowe Horyzonty wprost do Twojego telefonu z Google Play, AppStore lub Windows Marketplace. Aplikacja pozwoli Ci śledzić wiadomości w trakcie i po festiwalu, czytać opisy i oglądać trailery filmów festiwalowych.

Fot. Incydent w Loch Ness, reż. Zak Penn;

Fałszywe srebro - mockumenty w natarciu - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

W ostatnich latach zapanowała moda na wirtualne farmy. Użytkownicy Internetu sadzą grządki, pasą zwierzęta i wymieniają się cennymi radami na ich temat. Czy naprawdę wolimy e-zwierzęta od tych prawdziwych?

Agroturystyka przyciąga zabieganych mieszczuchów sielskością i bliskością natury. Poziom stresu, jaki generują robienie kariery w miejskiej dżungli i szybkość życia w niej sprawiają, że chcemy relaksować się w mniej konwencjonalny dla nas sposób. Pisaliśmy już o artystach, którzy zdecydowali się na ucieczkę na wieś. Tym razem przedstawiamy zjawisko znacznie szersze i przystępniejsze. By odpoczywać na farmie, nie trzeba radykalnie zmieniać swojego dotychczasowego życia i przeprowadzać się na prowincję. Wystarczy mieć dostęp do Internetu.

Fenomen na Facebooku

FarmVille na Facebooku, a także inne gry, takie jak Farmerama, Odlotowa Farma czy Happy Harvest, biją rekordy popularności. Chyba każdy wśród znajomych na Facebooku ma kogoś, kto pragnie obdarować go swoimi plonami lub kooperować po sąsiedzku. W odpowiedzi na liczne zaproszenia-spam powstała nawet grupa „Invite me to FARMVILLE one more time and I'll burn your farm and animals”. Choć przystąpiło do niej 10 467 członków poirytowanych tym zjawiskiem, to są oni garstką w porównaniu z tymi, co grają w FarmVille – gdy piszę ten artykuł 28 757 156 osób „lubi” tę grę. Szacuje się, że 10% wszystkich użytkowników Facebooka ma swoje farmy.

Wirtualna forma vs. Realna treść

Cała zabawa toczy się w czasie rzeczywistym. Dlatego nie można się od gry tak po prostu oderwać, bo wymaga systematyczności – dokładnie jak uprawianie ogródka czy pielęgnacja zwierząt. Gdy zapomnimy o naszych wirtualnych obowiązkach, stracimy zbiory, a zwierzaki przepadną. Gry te wymagają też interakcji z innymi, i to całkiem na serio: naszymi sąsiadami są prawdziwi ludzie, którzy – podobnie jak my – wirtualnie uprawiają swoje poletka. Społeczny aspekt jest niezwykle ważny, bo możemy grać z tymi, których już znamy z prawdziwego życia lub dopiero poznajemy nowe osoby przez wspólne zainteresowania farmerskie. Celem jest rozwój: zaczynamy od najbardziej pospolitych odmian roślin i zwierząt by doskonaląc się, hodować i uprawiać naprawdę rzadkie ich odmiany. To kolejna cecha, która jest metaforą realnego życia: obieranie celów, strategia i planowanie, rozwój ale w trochę bardziej sielskiej formie.  Prawdziwa jest też rywalizacja z milionami innych gospodarzy.

Obecnie na Farmvillu stoi 30 mln wirtualnych farm. Dla porównania: szacuje się, że w USA tych prawdziwych farm jest 2 mln.

Ale to już było…

Podobne pomysły zadziałały już wcześniej. Prekursorem posiadania wirtualnych zwierząt, jak i opieki nad nimi tu i teraz, była japońska zabawka Tamagotchi. Między 1996 a 2008 rokiem sprzedano ich aż 70 milionów na świecie. Kolejnym krokiem w kierunku wirtualnego życia był projekt Second Life – czyli posiadanie drugiego, oczywiście lepszego życia w sieci. Zdecydowały się na nie nawet olbrzymie korporacje, istniały w nim prawdziwe kraje i wyspy. Obecnie koronę króla gier przejął Marc Pincus czyli szef firmy Zygna – twórca FarmVille. Dzięki niemu możemy zatroszczyć się o wirtualne rośliny i zwierzęta, a wszystko z tym w porządku dopóki nie zapomnimy o prawdziwych. Śledząc inne zjawiska na Facebooku, raczej nam to nie grozi: równie często jak zaproszenia do FarmVille otrzymujemy bowiem prośby o pomoc dla tych prawdziwych zwierzaków.

e-rolnicy w natarciu - opinie i komentarze (1)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

ułanbator
03-02-2011 - 01:29:31
nie rozumie, co w tej grze jest takiego fenomenalnego. istnieje wiele bardziej zajmujących aplikacji na facebook'u niż wspomniane farmville. no, ale fanów to ma niesłychanie wielu.
  (0)
Odpowiedz

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Wskazówka sekundnika na tarczy zegarka z wizerunkiem psa Pluto zwalnia swój bieg i staje. Pozbawiona ramiączka bluzka odsłania pierś o alabastrowym odcieniu.

Krew Catherine wąską strużką spływa wprost do rynsztoka, w którym beznamiętnie przegląda się księżyc w pełni. Tak zaczyna się edypalny koszmar Gérarda Delmasa, którego obsesyjne poszukiwania gwałciciela siostry zaprowadzą w najciemniejsze zakamarki podświadomości. Tam, gdzie kazirodcza miłość stanowi najczystszą formę uczucia i nieosiągalny ideał, gdzie – jak pisał Baudelaire w Pieśni jesiennejserce się w blok zamienia zimny i czerwony, a w owe bloki wgryzają się spragnieni wrażeń i wódki hazardziści. Jean-Jacques Beineix mierzy się z prozą Davida Goodisa w hipnotyzującym melodramacie noir, który w swoim czasie nieomal posłał reżysera na dno. Dziś zwodowany we włoskiej wytwórni Cinecittà Titanic Beineixa powoli obrasta zasłużonym kultem.

Seans

  • 27 lipca, godz. 16:15 - Kino NH 8

Obsada: Gérard Depardieu, Nastassja Kinski, Victoria Abril, Bertice Reading, Gabriel Monnet, Dominique Pinon

Nagrody: César Awards 1984 – Best Production Design

Reżyser: Jean-Jacques Beineix urodził się w Paryżu w 1946 roku. Od najmłodszych lat fascynuje się kinem, jednak w pierwszym odruchu wybiera studia na wydziale medycznym. Edukację przerywa na skutek wydarzeń maja 1968 roku, w trakcie których służy jako noszowy na ulicach Paryża. Rok później bez powodzenia aplikuje na studia w IDHEC – francuskiej szkole filmowej, by ostatecznie trafić na plan serialu Les saintes chéries. W kolejnych latach zdobywa niezbędne szlify, podejmując pracę asystenta reżysera przy ok. 14 filmach, m.in. w reżyserii Claude’a Berriego, René Clémenta, Claude’a Zidiego i Jerry’ego Lewisa. Pierwszym samodzielnym projektem Beiniexa jest powstały w 1977 roku i nominowany do Cezara krótkometrażowy film Le chien de Monsieur Michel. W 1981 roku reżyser realizuje swój pełnometrażowy debiut – Divę. Pomimo kilku chłodnych recenzji, w których zarzucano Beineixowi nadmierny formalizm oraz zachłyśnięcie się estetyką reklamy i teledysku, film odnosi spory sukces w kraju i za oceanem. Charakterystyczny styl Beineixa w pełni rozkwita w późniejszym o dwa lata, zrealizowanym we włoskiej wytwórni Cinecittà, Księżycu w rynsztoku, którego gęsty oniryczny klimat początkowo zraził zarówno krytykę, jak i widownię, by po latach zapracować na status kultowego filmu. Status, który znacznie szybciej osiągnęła Betty ze zjawiskową rolą Béatrice Dalle – aktorki, która w latach 80., podobnie jak wcześniej Brigitte Bardot, stała się ikoną wyrażającą ducha dekady. Następne dwa projekty Beineixa – Roselyne i lwy oraz IP5 – to historie inicjacyjne oparte na oryginalnych scenariuszach napisanych wspólnie z Jacques’em Forgeasem. Po niespodziewanej śmierci Yvesa Montanda na planie drugiego z filmów reżyser porzuca fabułę na rzecz dokumentu, realizując m.in. dzieło o sparaliżowanym redaktorze naczelnym „Elle” – Jean-Dominique’u Baubym, na kanwie którego Julian Schnabel nakręci potem obraz Motyl i skafander. Ostatnim, jak dotąd, projektem fabularnym Beineixa jest zrealizowany 12 lat temu kryminał psychologiczny Śmiertelny układ.

Filmografia

  • 1977 Le chien de Monsieur Michel / Mr. Michel’s Dog (short)
  • 1981 Diva
  • 1983 Księżyc w rynsztoku / La lune dans le caniveau / The Moon in the Gutter
  • 1986 Betty / 37°2 le matin / Betty Blue
  • 1989 Roselyne i lwy / Roselyne et les lions / Roselyne and the Lions
  • 1992 IP5 / IP5: L’île aux pachydermes / IP5: The Island of Pachyderms
  • 1992 Les Enfants de Roumanie (TV, doc., short)
  • 1994 Otaku: fils de l’empire virturel / Otaku (co-dir., doc.)
  • 1994 Place Clichy… sans complexe (TV, doc., short)
  • 1997 Assigné à résidence / Locked-in Syndrome (TV, doc., short)
  • 2001 Śmiertelny układ / Mortel transfert / Mortal Transfer
  • 2002 Loft Paradoxe (TV, doc.)
  • 2013 Les Gaulois au-delà du mythe (TV, doc.)

"Księżyc w rynsztoku" Jean-Jacques Beineix - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

W mobilnym świecie trwa wyścig zbrojeń – wyścig, który wydaje się nie mieć końca. Ma on za to zdecydowanego lidera.

Smartfon i tablet – wbrew pozorom więcej je łączy niż dzieli. To urządzenia, które coraz częściej zastępują nam nie tylko tradycyjny telefon komórkowy, ale bardzo często także komputer, przenośny odtwarzacz muzyki i wideo i aparat fotograficzny. Umożliwiają nie tylko rozmowy i komunikację za pomocą wiadomości tekstowych i dostęp do internetu, ale także nieustanny kontakt ze znajomymi za pomocą jednego z wielu kanałów, takich jak chociażby serwisy społecznościowe czy w końcu dostarczają rozrywki. Ich użytkownicy ochoczo korzystają ze wszystkich tych funkcji – zazwyczaj jednak nie zastanawiają się co tak naprawdę za tym wszystkim stoi.

Tymczasem urządzenia te to tak naprawdę małe komputery. Małe, biorąc pod uwagę wyłącznie ich wymiary, bo mocą obliczeniową wiele nie odbiegają od popularnych laptopów, a niektóre z nich nawet przewyższają. Za ich wydajność w głównej mierze odpowiedzialny jest procesor. To właśnie dlatego tak często słyszy się o gigahercach i rdzeniach. Na tym polu trwa nieustanny „wyścig zbrojeń”, podobny do tego jaki miał miejsce między producentami układów do komputerów stacjonarnych a następnie notebooków czy w końcu ultrabooków. Teraz jednak główną arena tych zmagań jest rynek mobilny.

Powód jest banalnie prosty – popyt na coraz szybsze, a co za tym idzie oferujące użytkownikom coraz bogatsze możliwości urządzenia mobilne jeszcze nigdy nie był tak wysoki. Smartfony nie służą, jak już wspominaliśmy wyłącznie do dzwonienia więc ich użytkownicy chcą coraz więcej, szybciej i wydajniej. Gracze na tym rynku także są zupełni inni – prym wiedzie tu Qualcomm, amerykańska firma specjalizująca się w komunikacji bezprzewodowej, producent układów, o których słyszeliście na pewno – Qualcomm Snapdragon.

Qualcomm Snapdragon 600 króluje na smartfonie HTC One. Dzięki niemu w szybki i łatwy sposób użytkwonicy smartfona korzystać mogą z aplikacji, gier, muzyki.

Dość często pada tu słowo układ i skrót SoC. Warto to pokrótce wyjaśnić. Choć w większości specyfikacji technicznych smartfonów i tabletów widnieje pozycja „procesor” to tak naprawdę sercem każdego takiego urządzenia jest układ SoC, którego procesor jest częścią składową. SoC jest układem scalonym łączącym w jednym, kompletnym systemie elektronicznym wszystkie niezbędne elementy smartfonowej układanki.

W jednej kości, oprócz jej głównego elementu czyli procesora znajdują się – układ odpowiedzialny za generowanie i wyświetlanie grafiki (GPU), odpowiedzialny za generowanie i odtwarzanie dźwięku układ audio, pamięć operacyjna a także moduły łączności odpowiedzialne za łączność radiową, GPS czy modem. Na polu integracji liderem jest Qualcomm – firma ta, jako jedyna zaprojektowała i wyprodukowała całkowicie zintegrowany układ SoC, który znacząco zwiększa wygodę korzystania z urządzeń przenośnych.

Procesory Qualcomm są też najwydajniejszymi obecnie układami na rynku. Zaprezentowany niedawno Qualcomm Snapdragon 800 osiągami przewyższa niektóre z układów stosowanych w notebookach i symbolicznie kończy erę dominację tradycyjnych układów w zakresie wydajności, bo integracja od zawsze była domeną układów SoC. Nie bez znaczenia jest także ich energooszczędność, którą zawdzięczają samej idei układów SoC, procesowi technologicznemu, ale też dynamicznemu zarządzaniu samym procesorem.

Dzięki układom od Qualcomm na smartfoanch korzystać można z gier, które kiedyś tak pięknie działać mogły tylko na komputerach.

Qualcomm to producent, na którego układy decydują się wielcy rynku mobilnego – można znaleźć je w topowych smartfonach znanych marek, które znajdziecie w naszej ofercie. Qualcomm Snapdragon 600 króluje w Samsungu Galaxy S4 i HTC One, Qualcomm Snapdragon S4 w HTC One S, Nokii Lumia 920, Sony Xperia T, LG Swift G czy Sony Xperia Z. Najnowszy Snapdragon 800 znalazł się zaś w jednej z najciekawszych premier ostatniego okresu – Sony Xperia Z Ultra.

Firma ta zasługuje na uwagę z jeszcze jednego powodu – potrafi zwrócić uwagę na to, czym jeszcze niedawno użytkownicy smartfonów czy tabletów się nie interesowali – na markę podzespołów zastosowanych w ich urządzeniach. Warto tu przywołać choćby spoty, z których pierwszy przywołuje na myśl trailer superprodukcji w klimacie fantasy, a kolejny daje jasny i zabawny obraz jak wyglądałby świat bez urządzeń mobilnych, których królem jest właśnie Qualcomm. Zobaczcie je!

Qualcomm – smok w natarciu (wideo) - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się