Historia kina popularnego wciąż kryje wiele rozdziałów wartych odkrycia. Uczestnicy Nowych Horyzontów opowiadają o swoich fascynacjach produkcjami rozrywkowymi minionych epok.

Seanse tytułów z cykli „Za różową kurtyną” i „Midnight Movies” nieustannie zapełniały publicznością wrocławskie cale. – Po całym dniu mrocznych, ciężkich filmów nie mam już siły na nic innego i odpoczywam podziwiając szalony świat pinku eigu – mówi mi kolega. Ale przecież właśnie kino klasy B, skonstruowane z klisz gatunkowych i schematów, najwięcej mówi o kulturze, w której powstało. Być może dlatego, kiedy rozmawiam z uczestnikami festiwalu o ich wymarzonych tematach przeglądów na przyszły rok, przypominają sobie właśnie tego typu produkcje.

- Chętnie obejrzałbym hiszpańskie horrory lat czterdziestych – mówi mi Dariusz Kuźma, członek Klubu Miłośników Filmu. – Są przeraźliwie kiczowate, ale również nieziemsko kolorowe, spektakularne, szalone.

Gatunek ten zresztą pojawia się na nowych horyzontach od lat. Cieszyńska publiczność pokochała japońskie produkcje Takashiego Miike, jak choćby „Izo” o nieśmiertelnym samuraju usiłującym zgładzić ludzkość. Wrocławska zachłysnęła się eklektycznym stylem Włocha Dario Argenta.

Z kolei po tytuły z naszego podwórka chętnie sięgnąłby Bartek Sawka, student socjologii:

- Kiedyś próbowałem wyszukiwać polskie filmy kryminalne z lat osiemdziesiątych - wspomina. - Nikt już o nich nie pamięta, nikogo do niczego nie zainspirowały. Ale, choć dzisiaj wydają się  śmieszne, na swój sposób odbija się w nich klimat epoki, fascynacja Zachodem, toporność ówczesnej rozrywki.

Również do przeszłości radzi organizatorom sięgnąć reżyserka teatralna, Natalia Korczakowska:

- Marzy mi się przegląd dawnego kina sportowego – mówi. – Chciałabym śledzić, jak rejestracje widowisk i popisów tężyzny fizycznej, razem z patyną nabierają znamion sztuki. Jak czas uszlachetnia kręcone ku uciesze mas nagrania.

Nowohoryzontowa publiczność chętnie pozwala sobie na sentymenty. Odrzuca fałszywy artyzm i gloryfikuje kino popularne minionych epok. Wynosi z niego dystans do współczesnego świata, uczy się krytycyzmu. Bo czy w czasie 50. edycji festiwalu nie będziemy śmiać się z wyobraźni, która stworzyła „Zmierzch” i „Harry’ego Pottera”?

 

Fot. Materiały prasowe

<p><em>A oto nasza propozycja na 50. edycję festiwalu Nowe Horyzonty </em></p>

Nowohoryzontowa publiczność bywa sentymentalna - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

„Czy czuję się snobem? Nie wiem. Nie intelektualizuję filmów, dla mnie wciąż najważniejsze są emocje. A że lubię kino hardcorowe, minimalistyczne, często bez dialogów? Cóż, tak się po prostu rozwinęły moje zainteresowania” – mówi Roman Gutek, pomysłodawca i dyrektor festiwalu Nowe Horyzonty.

Maja Mazur: Gratulacje – półmetek festiwalu już dawno za nami, a Pan ciągle rześki.

Roman Gutek: Sam się temu dziwię – śpię po 3-4 godziny na dobę. Dobrą energię czerpię chyba od widzów i gości. Obserwując ich zaangażowanie, utwierdzam się w przekonaniu, że to, co robię, ma sens. Ostatnio, na przykład, spotkałem się z jurorami Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI i jeden z nich powiedział: „Roman, o godz. 10 rano pokazujesz krótkie filmy zrobione pod opieką artystyczną Hasa, a na sali komplet! Ja tego zupełnie nie rozumiem, jak to się robi?”. Takie sytuacje mnie nakręcają.

Jak wygląda dzień z życia szefa?

Wstaję ok. godziny ósmej i gimnastykuję się. Później schodzę na śniadanie, które czasami trwa nawet dwie godziny, bo co chwila spotykam gości festiwalowych. Dzień organizuje mi Kasia Warszawska. Po raz pierwszy mam na czas festiwalu asystentkę i bardzo sobie to rozwiązanie chwalę. Odbieram telefony, staram się spotykać – tak często jak to możliwe – z gośćmi z zagranicy. Ba, ja się czuję trochę jak gospodarz domu, który zaprasza do siebie przyjaciół. Dzień kończę w klubie festiwalowym. Czasami bardzo późno. Niedawno na przykład Wiolonczele z miasta tak mnie zachwyciły, że zostałem do końca koncertu.

Rozumiem, że na to, co kocha Pan najbardziej – czyli na oglądanie filmów, czasu już nie starcza?

Nie. Po pierwsze, nie czułbym się komfortowo, wiedząc, że ktoś na mnie czeka, a ja spóźniam się, bo jestem w kinie. Poza tym wszystkie nowe filmy oglądam wcześniej. Dużo podróżuję, odwiedzam małe i większe festiwale. Filmy oglądam też na DVD, chociaż nienawidzę tego robić. W głównych sekcjach właściwie nie ma prawa być tytułu, którego nie widziałem i który mi się nie podoba. Bo jak jakaś produkcja mi się nie podoba, to nie ma demokracji – w tej kwestii podejmuję decyzję jednoosobowo.

Tłumy kinomanów, setki spotkań i oficjalnych rautów muszą być bardzo męczące. Nie tęskni Pan za czasami, gdy impreza była nie dość, że znacznie bardziej kameralna, to jeszcze odbywała się na końcu świata?

Jestem bardzo sentymentalny, więc oczywiście wracam do tamtych czasów. I do tamtego stresu. Pierwszy festiwal przygotowaliśmy w krótkim czasie, po tym, jak dość niespodziewanie podziękowano mi za pracę w Kazimierzu Dolnym. Mieliśmy z Jakubem Duszyńskim tylko 4 miesiące, żeby wszystko dopiąć. Robiliśmy praktycznie wszystko, więc przed festiwalem byłem wykończony. Paradoksalnie teraz – kiedy impreza jest dużo większa – czuję się lepiej i mogę odetchnąć. No chyba, że zdarzają się awarie.

Na przykład jakie?

Przeróżne, często nie z naszej winy. Kilka dni przed festiwalem okazało się, że dojechało tylko 7 z 10 rolek drugiego filmu otwarcia („Wkraczając w pustkę” Gaspara Noé – przyp. M.M.). Na szczęście wiedziałem, że Czesi mają kopię filmu. Wysłaliśmy samochód do Pragi i załatwiliśmy to w ciągu kilku godzin. Inny przykład: w ostatniej chwili reżyserka filmu „Themerson & Themerson” powiedziała, że jednak woli wersję francuską, a nie angielską, więc zostaliśmy bez napisów anglojęzycznych. Bardzo stresującą sytuację mieliśmy też z katalogiem. Było duże ryzyko, że nie damy rady. Ale drukarnie pracowały po nocach i udało się.

Dobrą energię czerpię chyba od widzów i gości. Obserwując ich zaangażowanie, utwierdzam się w przekonaniu, że to, co robię, ma sens.

Które momenty w dziesięcioletniej historii festiwalu były dla Pana najważniejsze?

Na pewno pierwsza edycja. Spóźniłem się na pociąg, więc jechałem do Sanoka nocnym z przesiadkami. Kiedy rano wysiadłem i zobaczyłem tłum młodych ludzi, którzy przyjechali za moją propozycją, za moim kinem, bardzo dodało mi to sił. Ważna była też pierwsza edycja konkursu, w której prezentowaliśmy nowohoryzontowe, trudne, często eksperymentalne filmy mniej znanych reżyserów. Zawsze były komplety na widowni! Co jeszcze? Od początku chciałem pokazywać na festiwalu różne sztuki – zapamiętam więc na pewno wystawę „Ukryte w słońcu”, którą zrobiliśmy w pięknym, opuszczonym hotelu „Pod Brunatnym Jeleniem” w Cieszynie. Wszyscy, którzy pokazywali tam wtedy swoje prace, dziś są uznanymi twórcami. Kolejnym etapem były książki – najpierw z wydawnictwa Rabbit, teraz z Ha!art. Na festiwal wychodzą dziś całe serie wydawnicze, które pasjonatom kina dodają nowych kontekstów. Poza tym nie boimy się techniki. Na niektórych imprezach sprzedaż biletów odbywa się tak, jak 20 lat temu. My staramy się iść z duchem czasu, żeby naszym gościom było z nami dobrze.

Słychać opinie, że Nowe Horyzonty to najbardziej snobistyczna impreza filmowa w tej części Europy. Czy jest Pan snobem?

To dobrze, nie mam z tym problemu. Myślę, że nawet jeżeli część ludzi przyjeżdża do Wrocławia tylko po to, żeby się pokazać, to na miejscu zobaczy wiele świetnych filmów i pozna wielu interesujących ludzi. A następnym razem przywiedzie ich na festiwal nie snobizm, a naturalna potrzeba. Czy ja czuję się snobem? Nie wiem. Nie intelektualizuję filmów, dla mnie wciąż najważniejsze są emocje. A że lubię kino hardcorowe, minimalistyczne, często bez dialogów? Cóż, tak się po prostu rozwinęły moje zainteresowania. Wychodzę z założenia, że festiwal jest po to, żeby pokazywać trudniejsze filmy, których nie ma gdzie indziej. Wiadomo, że Pedro Almodóvar zgromadzi tysiące widzów. Ale dużo większą przyjemność sprawia mi, jak na pokazie filmu mało znanego reżysera jest komplet. A po seansie ludzie wychodzą i mówią: „Roman, to jedno z moich festiwalowych odkryć”. Spełniamy w ten sposób pewną edukacyjną misję.

Właśnie trwa jubileuszowa, 10. edycja imprezy. Jak przez tę dekadę zmienił się Roman Gutek?

Nabrałem więcej dystansu. Wcześniej, podczas pierwszych odsłon festiwalu, bardzo się spalałem. Jestem maksymalistą, bywam cholerykiem, wiem, że moim współpracownikom momentami trudno ze mną pracować. Irytuje mnie bylejakość, odkładanie spraw na ostatnią chwilę. Ale ostatnio trochę spasowałem. Powiedziałem sobie, że nie na wszystko mam wpływ. Było to trudne, bo lubię ogarniać całość. Wiem, że to niedobra cecha, ale po prostu mam ogromne doświadczenie, które procentuje w wielu sytuacjach. Wytłumaczę to na przykładzie – jak robiliśmy retrospektywę Hala Hartleya i chcieliśmy ściągnąć kopię od niemieckiego dystrybutora, zasugerowałem żebyśmy sprawdzili, czy kopie te nie mają niemieckiego dubbingu. Bohaterowie Hartleya gadający po niemiecku musieliby być nie do zniesienia! I co się okazało? Że miałem rację. Nikomu innemu do głowy kwestia dubbingu nie przyszła.

Jak Pan o tym wszystkim mówi, bardzo się Pan nakręca. Zdaje się, że nie do końca jest Pan zdystansowany…

No bo nie sposób się od tego uwolnić. Ale teraz przynajmniej nie siedzę na telefonie od rana do nocy i nie sprawdzam wszystkich. Wreszcie mam odrobinę więcej wolnego czasu.

Jestem maksymalistą, bywam cholerykiem - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Dzisiaj skończyły się projekcje konkursowych filmów. Ale oceny widzów, który film był najlepszy są bardzo podzielone.

Najczęściej w kuluarach jako objawienie festiwalu wymienia się grecki Attenberg Athiny Rachel Tsangari.

- Reżyserka poszukuje świeżego języka filmowego, więc zaciekawia wyrobionych widzów – mówi świeżo upieczona absolwentka krakowskiego filmoznawstwa Anna Tatarska. – Ale jednocześnie pozwala wzruszyć się, uronić łzę i szczerze się zaśmiać. Jej obraz to złoty środek między trudnym, nowohoryzontowym kinem i propozycjami dla szerszej publiczności.

Podbiła też wrocławskich widzów sama Tsangari, która chętnie brała udział w spotkaniach  z publicznością, była serdeczna i otwarta. Mówiła o współczesnym społeczeństwie greckim, problemach, z jakimi boryka panujący tam model rodziny, ale też roli przyjaźni między artystami w tworzeniu ciekawych projektów.

Kolejnymi faworytami uczestników imprezy są bezkompromisowy „Code blueUrszuli Antoniak, który fascynuje dzięki odważnego podejściu autorki do ciała i seksualności oraz „Grawitacja była wtedy wszędzieBrenta Greena.

- Dla mnie to najciekawszy tytuł konkursu – uważa Franciszek Fijałkowski, młody biolog z Warszawy. – Rzadko kiedy ogląda się obraz, w którym reżyser zadawałby tak uniwersalne pytania: o sens życia i podstawowe wartości, a jednocześnie uniknął pretensjonalności. Tutaj, udaje się to dzięki technice animacji poklatkowej.

Filmy te pogodziły gusty widzów. Jednak nowohoryzontowy konkurs składa się ze skrajnych propozycji. Wiele tytułów dzieli publiczność. Najskrajniej – „TerroryściThunski Pansittivorakula. Po projekcji złożonego w dużym stopniu ze scen masturbacji filmu ogólny gwizd przerywały pojedyncze entuzjastyczne oklaski. A na korkowej tablicy, gdzie każdy może przypiąć własną kartkę z dowolnym komentarzem znalazło się ogłoszenie: „Czy ktoś zna więcej takich filmów jak „Dharma Guns”?” Te reakcje uzmysławiają jak bardzo różni się wrażliwość widzów na sztukę. I dzięki temu kino nigdy nie będzie miało jednego horyzontu.

Nowe Horyzonty: faworyci publiczności - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Nie możecie być z nami we Wrocławiu? Nie martwcie się. Za rok kolejna edycja. Tymczasem zobaczcie kilka zdjęć przedstawiających nowohoryzontową przestrzeń.

Nowohoryzontowa przestrzeń: Galeria zdjęć - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się