Do sieci trafił zwiastun dramatu "Concussion" z Willem Smithem w roli głównej.

Hollywoodzki gwiazdor wciela się w dr Benneta Omalu, urodzonego w Nigerii neuropatologa, któremu przypisuje się odkrycie przewlekłej traumatycznej encefalopatii (CTE), choroby amerykańskich futbolistów spowodowanej licznymi uderzeniami w głowę. Omalu na początku wieku nagłaśniał problem mimo zdecydowanego sprzeciwu ligi NFL.

Film wyreżyserował Peter Landesman ("Parkland"). Poza Smithem w obsadzie znaleźli się także m.in. Alec Baldwin, Luke Wilson, Gugu Mbatha-Raw, Arliss Howard, Paul Reiser, David Morse i Albert Brooks.

Amerykańska premiera planowana jest na Boże Narodzenie.

Will Smith nigeryjskim lekarzem - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

„Ojciec chrzestny performance’u”, „prawdziwy Warhol” – tak jeszcze za życia mówiono o Jack’u Smith’ie. Był nie tylko reżyserem awangardowych filmów, ale także przedstawicielem nurtu queer (ang - dziwny, dziwaczny) w Nowym Kinie Amerykańskim, fotografikiem, aktorem, pionierem performance’u oraz wielbicielem starych hollywoodzkich filmów klasy B.

Urodził się w Colubmus, dorastał w Teksasie. Kiedy w 1953 r. przyjechał do Nowego Jorku, nie mógł przewidzieć, że w ciągu zaledwie kilku lat stanie się ikoną undergroundu w Greenwich Village. Pod wpływem grupy teatralnej Johna Vaccaro i Ronalda Travela został prekursorem filmowego campu. Jego ówczesna twórczość miała wpływ m.in. na samego Andy’ego Warhola, a w teatrze i sztuce performance’u na Roberta Wilsona czy Charlesa Ludlama.

Opisując twórczość Smitha nie można pominąć opinii wyrażonej przez krytyka J. Hobermana, który w taki oto sposób wyraża się na temat,  „Płonącej istoty”, jednego z dzieł artysty:  Jednocześnie prymitywny i wysmakowany, zabawny i przejmujący, spontaniczny i wystudiowany, szalony i leniwy, surowy i delikatny, nowoczesny i nostalgiczny, konkretny i fantazyjny, świeży i wyblakły, niewinny i wymęczony, wysoki i niski, surowy i ugotowany, podziemny i nieziemski, czarno-biały i biało-biały, skomponowany i dekomponowany, bogato perwersyjny i wspaniale zubożały, film „Płonące istoty” był czymś nowym dla świata. Gdyby Jack Smith nie nakręcił niczego poza tym niezwykłym dziełem, nadal byłby uważany za jednego z wielkich wizjonerów amerykańskiego filmu (J. Hoberman, On Jack Smith’s Flaming Creatures (and Other Secret-Flix of Cinemaroc), Nowy Jork 2001, Granary Books, s. 10).

Poprzez twórczość udało się Smithowi osiągnąć rzecz do tej pory niespotykaną. Pokazał wartość kina niezależnego. Kina, w którym narracja została zdominowana przez scenerię – strefa wizualna zajęła miejsce pierwszoplanowe. Niewiele brakowało by większość z nas nigdy nie miała okazji do podziwiania jego twórczości. Umierając na powikłania w wyniku AIDS, jesienią 1989 r., reżyser poprosił swojego przyjaciela o spalenie wszystkich jego dzieł. Przyjaciel na szczęście tej prośby nie spełnił, dzięki czemu podczas Festiwalu, można obejrzeć aż 21 dzieł Smitha, a wśród nich jedyne ukończone przez niego filmy, czyli  „Płonące istoty” oraz trwającą zaledwie 3 minuty „Taśmę klejącą”.

Kiedy „Płonące istoty" stały się obiektem prawnej bitwy o pornografię, „komedia” Smitha szybko stała się problemem seksualnym świata koktajlowego i zaczęła krążyć w obiegu. W odpowiedzi na taki rozwój wypadków, chcąc zademonstrować sprzeciw wobec instrumentalizacji i modyfikacji sztuki, Smith nigdy nie ukończył swojego epickiego filmu „Normalna miłość”.

Zamiast tego zdecydował się na prezentowanie tego utworu – i wszystkich kolejnych filmów – w ramach swoich przedstawień na żywo, obejmujących pokazy slajdów, ciągle zmieniającą się egzotyczną muzykę z własnej kolekcji płyt winylowych oraz improwizowaną grę aktorów. Smith wyjaśnia swoją postawę w liście z 1987 roku do dyrektora niemieckiego kina:

Od powstania „Płonących istot” zajmuję się metodą pracy, którą można by nazwać ŻYWYM FILMEM. Część pracy odbywa się przez wyświetlanie. Kiedyś ta forma pracy może doczekać się imitacji, gdyż nie ma prawie innych sposobów na wyjęcie filmu z obecnego stanu zepsucia promującego coraz większą przemoc i zsynchronizowane trajkotanie.

Zatem – z wyjątkiem „Taśmy klejącej” i „Płonących istot” – wszystkie filmy Smitha mogą być odczytywane raczej jako materiał filmowy, wizualne pozostałości wcześniejszych przedstawień na żywo.

 

Fot. Materiały prasowe

Jack Smith - Król Undergroundu - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

W dniu dzisiejszym proponujemy wszystkim obecnym na Festiwalu miłośnikom kina dwie jakże odmienne pozycje. Pierwszą z nich jest "Koń turyński", węgierskiego reżysera Bela Tarra, a drugim Performance: „I Shot Jack Two”, czyli Kino na żywo w wykonaniu Eli Troyano i Uziego Parnesa.

Fryderyk Nietzsche wychodzi z budynku przy Via Carlo Alberty. Widzi, jak woźnica zaparkowanego w pobliżu powozu, stara się poruszyć z miejsca upartego konia. Nagle traci cierpliwość i zaczyna okładać zwierzę batem. Nietzsche podchodzi do powozu i szlochając zarzuca swoje ramiona na szyję konia. Gospodarz domu zabiera Nitzschego do domu, kładzie na kanapie. Cichy i obłąkany filozof spędza kolejne 10 lat swojego życia pod opieką swojej matki oraz sióstr. A co stało się z koniem, którego ciężki los spowodował upadek mentalny wielkiego myśliciela?

Tymi słowami Bela Tarr, węgierski reżyser, wprowadza do swojego najnowszego filmu, który opowiada o ciężarze ludzkiej egzystencji a którego akcja rozpoczyna się tuż po zakończeniu opisanych wcześniej zdarzeń, czyli 3 stycznia 1889 r. w Turynie. Życie woźnicy, jego córki oraz konia płynie nadal. Uwaga twórców skierowana została nie na moralność czy ocenę postępowania bohaterów, lecz na zwykłe codzienne życie. „Chcieliśmy pokazać jak trudne i straszne jest to, kiedy każdego dnia musisz iść i przynieść wodę ze studni. Niezależnie od tego czy jest lato, czy zima. Pokazywanie codziennych, rutynowych czynności pozwala na pokazanie tego, co w świecie przedstawionych ludzi jest złe”. „Konia turyńskiego”, Tarr określił także mianem „ostatniego kroku w karierze”.

"W moim pierwszym filmie poruszyłem temat wrażliwości społecznej, chciałem zmienić świat – mówi Tarr. Z czasem zrozumiałem, że problemy, które go dotyczą są bardziej skomplikowane. Teraz mogę powiedzieć tylko tyle, że życie jest ciężkie, i nie wiem co przyniesie w przyszłości. Mogę zobaczyć rzecz, która jest już blisko – koniec."

Pierwszy pomysł na zrealizowanie filmu pojawił się w połowie 1980 r. kiedy Tarr usłyszał historię załamania Nitzschego, kończącą się pytaniem: a co się stało z koniem?. Zarys filmu powstał w 1990 r., lecz sama produkcja został odłożona ze względu na wcześniejsze zobowiązania reżysera. Laszlo Krasznahorkai, węgierski pisarz, który opowiedział Tarrowi tę historię, przeniósł w tym czasie ją na papier i tekst ten posłużył w późniejszym czasie do znalezienia sponsorów przedsięwzięcia. „Koń turyński” nie opierał się na żadnym scenariuszu, w konwencjonalnym rozumieniu tego słowa. Po premierze filmu na Bernlinale tak napisał o nim Ray Bennt: Fani filmów Tarra dobrze wiedzą na czym polega jego twórczość. Spodziewając się kina ponurego a zarazem statycznego, dobrze spędzą czas na sali kinowej. Dla nieznających wcześniejszej twórczości reżysera, film może wydać się nużący, bowiem reżyser dużą wagę przykłada do pokazania do pokazania czynności codziennego życia. Widzimy zatem jak ubierają się w swoje łachmany, jak palcami jedzą gotowane ziemniaku, jak rąbią drzewo i jak karmią konia.

Jeżeli zatem nie mieliście nigdy wcześniej okazji do oglądania filmów Beli Tarra, zróbcie to koniecznie. Wysmakowana i poruszająca opowieść o życiu tak zwykłym i trudnym, a momentami beznadziejnym pozwala spojrzeć na bezpieczną i stabilną współczesność innymi oczami.

Dla wszystkich, którzy nie mają ochoty po całym dniu meandrowania między poszczególnymi salami kinowymi oraz gatunkami kina, proponujemy Performance: „I Shot Jack Two”, czyli Kino na żywo w wykonaniu Eli Troyano i Uziego Parnesa.

Tytułowym Jackiem jest sam Jack Smith, znany z tego, że każda z jego projekcji stanowiła dla widzów dużą niespodziankę – ustawicznie ciął i przemontowywał swoje filmy, stał się inspiracją dla Troyano i Parnes, które postanowiły kontynuować jego tradycję. Połączyły fragmenty filmu Buble People Troyano z Exotic Dreams oraz Stars of L.E.S – serią zdjęć Smitha, wykonanych przez Parnes na początku lat 80. W filmie Jack Smith i Phoebe Legere przebrani są za Bąbelkowe Boginie, a reszta performerów (łącznie z Parnesem) – za Marilyn Monroe. Improwizowany film miał miejsce w lofcie Uziego Parnesa w 1982 roku, w tle widać jego rzeźby i instalacje.

Ela Troyano zapoznała mnie ze Smithem w 1979 roku, kiedy przyprowadziła go na imprezę do mojego loftu w SoHo – opowiada Uzi Parnes. – Niedługo potem się wprowadziła, a Jack stał się stałym bywalcem. Pisałem wtedy doktorat na wydziale Performance Studies na NYU i Jack zgodził się, żeby zrobił dokumentację jego owianych legendą spektakli. W zamian miałem robić mu piękne i stylowe zdjęcia reklamowe, których mógł używać do promocji swojej nieskromnej osoby. Smith dostawał odbitki, mi zostały negatywy, których używam teraz do rekonstrukcji jego spektakli.

Niezależnie od tego, czy wolicie filmy w klasycznym znaczeniu tego słowa, czy też szalone i nieprzewidywalne Performance, podczas Nowych Horyzontów każdy znajdzie coś interesującego dla siebie.

 

Fot. Materiały prasowe

<p><em>Oficjalny trailer "Konia turyńskiego"</em></p>

Koń turyńki czy Performance: „I Shot Jack Two” nowohoryzontowe wybory - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Od wyszukiwania lekarzy, przez dodawanie opinii o specjalistach aż po umawianie wizyt online - to wszystko jest teraz w zasięgu posiadaczy urządzeń mobilnych Apple.

Aplikacja ZnanyLekarz.pl trafiła właśnie do iTunes i jest dostępna dla urządzeń mobilnych wyposażonych w system operacyjny iOS.

Uruchomienie aplikacji dla systemu iOS jest konsekwencją przyjętej przez nas strategii, która zakłada łatwe i szybkie dotarcie do lekarza. Po wersji mobilnej i aplikacji dla telefonów z systemem Android przyszedł czas, aby również użytkownicy iPhone'a mogli cieszyć się dostępem do naszego serwisu - mówi Piotr Bożek, Dyrektor ds. Marketingu serwisu ZnanyLekarz.pl.

Dzięki aplikacji będziesz wiedział który lekarz przyjmuje w najbliższej okolicy.

Podobnie jak aplikacja na platformę Android, która zadebiutowała miesiąc temu, oferuje ona praktycznie wszystkie funkcjonalności dostępne na stronie ZnanyLekarz.pl. Za pośrednictwem iPhone'a czy iPada można między innymi wyszukać interesujących nas lekarzy, sprawdzić opinie innych pacjentów, dodać swoją a także umówić się online na wizytę. Ponadto aplikacja ta oferuje także usługę lokalizacji, dzięki której można automatycznie wyszukać lekarzy w swojej okolicy.

Aplikacja w łatwy i szybki sposób pozwoli Ci umówić się do wybranego lekarza.

Jak informuje producent aplikacji, możliwość umówienia wizyty online jest już dostępna u
kilkuset polskich lekarzy, a z internetowej formy rezerwacji terminu konsultacji skorzystało już blisko 15 000 pacjentów. Zarówno liczba lekarzy udostępniających swój kalendarz online, jak i liczba pacjentów umawiających się do lekarza w ten sposób, rośnie każdego miesiąca.

Źródło/fot. ZnanyLekarz

ZnanyLekarz.pl na iOS już jest - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się