Czy pisanie i reżyserowanie kolejnych części „Gwiezdnych wojen” przychodzi ludziom trudniej, niż twórcom innych filmów?

George Lucas to człowiek-legenda. Zaryzykuję postawienie tezy, że każdy z nas zawsze będzie zawdzięczał mu wszystko. A może Lucas jest przeceniany i nie da się oglądać jego filmów? Czy J.J. Abrams sprostał tej legendzie?

Nawet jeśli nie lubi się „Gwiezdnych wojen”, trudno przejść obok nich obojętnie. Czy w związku z tym pisanie i reżyserowanie kolejnych części tej sagi przychodzi ludziom trudniej, niż twórcom innych filmów? Czy „Przebudzenie mocy” zdało egzamin? Tak i nie.

Mówiąc szczerze, w filmach uwielbiam małą i prostą magię. Niespodziewany sukces „Nowej nadziei” zachwycił mnie i ścisnął za serce, przywracając wiarę w kino rodzące się z entuzjazmu, wysiłku i spontaniczności. Chyba nikt, poza Stevenem Spielbergiem i Lucasem, nie spodziewał się tak wielkiego triumfu tej produkcji. W związku z tym drażni mnie i irytuje hasło reklamujące „Przebudzenie mocy”: „każde pokolenie ma swoją legendę”. Idealistycznie chcę wierzyć, że takie legendy rodzą się niespodziewanie i nie wynikają z kalkulacji, liczących pieniądze, producentów, tymczasem wygląda na to, że oni mają inne zdanie na ten temat. I nic nie wskazuje na to, że się przeliczą.

Szkoda, że autorzy i producenci tego filmu nie odważyli się na coś zupełnie innego i zaskakującego. Odnoszę wrażenie, że w ponad dwóch godzinach umieścili to, co najlepsze z pierwszej wyreżyserowanej przez Lucasa trylogii. Rozumiem, że mit domaga się skrótów, ale w nowych „Gwiezdnych wojnach” dostrzegłem ich zbyt wiele. Podczas seansu wydawało mi się, że twórcy i producenci próbują przypodobać się fanom, bazując na sprawdzonych motywach i smaczkach. Imponujące tempo dzieła J.J. Abramsa jest dla mnie zbyt szybkie, a jego skala zbyt przerysowana i ogromna. Na szczęście nie zakończyło się to katastrofą. Scenarzyści Lawrence Kasdan i J.J. Abrams mają niesamowite wyczucie w tworzeniu epickich i magicznych historii; mimo różnych zastrzeżeń widać, że czują tempo i rytm takich opowieści. Ten drugi naznaczył „Przebudzenie mocny” piętnem swojego reżyserskiego talentu.

Strzałem w dziesiątkę okazało się obsadzenie w jednej z głównych ról młodej brytyjskiej aktorki Daisy Ridley. Wiele przyjemności płynie też z obecności starych znajomych, a przede wszystkim Harrisona Forda. Scenarzysta Lawrence Kasdan („Imperium kontratakuje”, „Poszukiwacze Zaginionej Arki”) przyznał w jednym z wywiadów, że pisanie dialogów z myślą o tym aktorze to prawdziwa przyjemność. Pytanie brzmi, ile jest w tym filmie uroczej i łotrzykowskiej improwizacji Forda, z której słynie?

Rozczarował mnie natomiast Adam Driver w roli tego złego. Niech każdy oceni indywidualnie, czy ta postać wpisuje się w słowa komika Bustera Keatona, który twierdził, że im bohater jest poważniejszy, tym staje się bardziej śmieszny. Zdecydowanie daleko mu do Dartha Vadera, który w „Nowej nadziei” nie miał zbyt wielu minut, a jednak potrafił przykuć uwagę, przerazić i zaintrygować.

Mimo wszystko „Przebudzenie mocy” to świetna robota. Pamiętajmy, że mało która opowieść zrobiła tak wielką karierę, jak historia o rycerzach Jedi i  starciu ciemnej i jasnej strony mocy.

Trudno zrobić „Gwiezdne wojny” - recenzja „Przebudzenia mocy” - opinie i komentarze (1)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

O.opaw
18-12-2015 - 14:32:09
Jest to na pewno ogromna presja i odpowiedzialność, cała seria jest kultowa, a w takiej sytuacji zawsze jest cieżko sprostać oczekiwaniom odbiorców.
  (0)
Odpowiedz

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się