Jeśli kiedykolwiek wątpiliście w znaczenie pojęcia American Dream, po obejrzeniu filmu Marka Hartleya porzucicie swoje wątpliwości w jego prawdziwość. "Electric Boogaloo: Niesamowita historia Cannon Films", opowieść o Menahemie Golanie i Yoramie Globusie, to doskonały przykład spełnienia amerykańskiego, choć bardzo krótkiego snu.

Fani kina akcji lat 80-tych doskonale znają kultowe studio filmowe, które w okresie największej twórczej płodności wypuszczało na rynek kilkadziesiąt pozycji rocznie. Wiele z tytułów, które nierzadko powstawały w głowach pochodzących z Izraela właścicieli, nie trafiało nawet na ekrany kinowe – ich targetem był rynek VHS, tyleż popularny, co znacznie mniej wymagający niż obieg wielkoekranowy. Cannon Films wydało na świat tak legendarne tytuły, jak "Zaginiony w akcji", "Cobra", "Delta Force" czy cieszący się wyjątkowo złą sławą "Kapitan Ameryka". Golan i Globus rozpędzali swój filmowy biznes w tempie, które zawstydziłoby nawet pendolino, a przyświecał im tylko jeden cel – osiągnąć sukces w Hollywood.

Hartley zaprosił do udziału w filmie dziesiątki dawnych współpracowników Menahema i Yorama: producentów, reżyserów, aktorów, scenarzystów i montażystów. W "Electric Boogaloo" znajdziemy archiwalne nagrania wypowiedzi znanych krytyków, na czele z Rogerem Ebertem, przez ekran przewijają się setki plakatów produkcji spod znaku Cannon Films, jednak kwintesencję stanowią fragmenty filmów. To one mówią najwięcej o wizji kina, jaką mieli Golan i Globus. Niezliczone sceny erotyczne, bijatyki, strzelaniny, podlane odpowiednią ilością gore stanowią dziś znak firmowy studia, o którego powrót modlą się dziś tysiące fanów na całym świecie. Eksploatacyjna estetyka zaproponowana przez Cannon wraca do łask, choć dziś – podobnie jak trzydzieści lat temu – nie mogłaby liczyć na przychylność głównego nurtu dystrybucji kinowej.

Mimo że dzięki "Electric Boogaloo" możemy dowiedzieć się wiele na temat sposobu funkcjonowania wytwórni, film Hartleya ma charakter anegdotyczny, pretekstowy, i wydaje się być czymś w rodzaju zachęty do dalszego badania fenomenu studia Cannon Films, a nade wszystko – do zapoznania się z jego dorobkiem. Nie ulega bowiem wątpliwości, że reżyser – podobnie jak bohaterowie jego filmu – najmocniej wierzy w ludyczną, rozrywkową moc kina.

Recenzja: "Electric Boogaloo" - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Celem Festiwalu jest nie tylko pokazywanie interesujących filmów czy promowanie muzyki, ale także kreowanie i wspieranie nowych nazwisk. Temu właśnie służy konkurs.

W tym roku w konkursie pokazanych zostanie 13 tytułów. Będą to m.in. filmy prezentowane na jednym z najciekawszych obecnie światowych  festiwali – MFF w Rotterdamie.

Laureat rotterdamskiego Tygrysa za Finisterrae, twórca muzyki  elektronicznej i sztuki konceptualnej Sergio Caballero, w swoim drugim filmie, komedii absurdu Dystans, zabiera widzów w surową scenerię nieczynnej syberyjskiej elektrowni. Z kolei Ben Rivers i Ben Russell - Zaklęcie, które odpędza ciemność zrealizowali w estońskiej komunie hipisów, w fińskim lesie i na neopogańskim koncercie w Norwegii. Artyści szukają klucza do kondycji dzisiejszego eremity. W głównej roli wystąpił muzyk Robert AA Lowe, znany jako Lichens. W Rotterdamie pokazano też austriackie czarno-białe Moje ślepe serce Petera Brunnera, historię cierpiącego od urodzenia na zespół Marfana samotnika, który w dramatycznych okolicznościach próbuje wyrwać życiu odrobinę szczęścia i wolności.

Kobiecy punkt widzenia oddają dwa filmy konkursu. Szwajcar Lorenz Merz w filmie Ciasto z wiśniami kreśli pełen zagadek, intensywny emocjonalny portret bezimiennej młodej autostopowiczki. Podczas swojej bezładnej podróży przejmie ona tożsamość przypadkowo spotkanej kobiety. Amerykanka Josephine Decker opowiada z kolei o sensualnym mikroświecie kalifornijskiego lasu Mendocino, w którym odbywa się festiwal bałkańskiej muzyki. Bohaterka naturalistycznego, improwizowanego Masła na zasuwce uwalnia własną seksualność i poddaje się nowym, gwałtownym uczuciom.

Gala otwarcia 14. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty

Nagrodzona w Locarno francuska Owca, dojrzały formalnie pełnometrażowy debiut duetu Gilles Deroo i Marianne Pistone, pokazuje milczącego 17-latka, uciekającego od matki alkoholiczki. Owca staje się melancholijną impresją o znaczeniu przypadku w życiu.

Warto przyjrzeć się próbie odświeżenia motywu walki o przetrwanie w Canopy Aarona Wilsona. Australijczyk, opowiadając o pilocie, który ląduje na spadochronie w singapurskiej dżungli podczas II wojny światowej i ukrywa się przed patrolami Japończyków, tworzy osobny świat przypominający ten z kina Bruno Dumonta czy Apichatponga Weerasethakula. Nieoczywistym podejściem do egzotyki zaskoczy też widzów nagrodzony w Wenecji Biały cień Noaza Deshe, opowieść o albinosach w Tanzanii.

Argentynę w konkursie reprezentuje Historia strachu Benjamína Naishtata, w której zamożni mieszkańcy zamkniętego osiedla zostaną skonfrontowani z rzeczywistością pobliskiej dzielnicy slamsów. Tymczasem Hiszpan Luis Miñarro w Spadającej gwieździe opowiada o nękanej kryzysem XIX-wiecznej Hiszpanii i rządach Amadeusza I Sabaudzkiego, intrygującego hiszpańskiego króla, który miał włoskie korzenie i stronił od mięsa i alkoholu.

Po raz pierwszy w historii festiwalu w konkursie znalazły się aż trzy polskie filmy: Huba Anny Sasnal i Wilhelma Sasnala, Jak całkowicie zniknąć (premiera światowa) Przemysława Wojcieszka oraz Wołanie (premiera światowa) – pełnometrażowy debiut Marcina Dudziaka na podstawie prozy Kazimierza Orłosia.

Źródło: nowehoryzonty.pl
Fot. Piotr Wojtasiak

Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Za nami kolejny festiwalowy dzień i kolejne fantastyczne filmy. Wyjątkowo trudno wybrać spośród nich ten, który wywarł na nas największe wrażenie. "Boyhood" Richarda Linklatera ukazał nam we niesamowity sposób tematykę przemijania. "Francuski minister" wprawił nas w dobry humor pokazując polityczną komedię, której akcja toczy się w... domu wariatów.

Chłopięcy świat

W niemal trzygodzinny "Boyhood" wsiąka się jak w masło. Doświadczenie oglądania tego filmu można określić chyba tylko tym, co nazywamy magią kina. Na sali kinowej widz jest jednocześnie całkiem sam i wraz z innymi: sam, bo film okazuje się bardzo intymnym przeżyciem, i z innymi, bo dzieli z nimi niemal zawsze takie same reakcje. W przypadku "Boyhood" możliwe okazało się połączenie kina jako rozrywki masowej z ambicjami kina artystycznego. To najbardziej kinowy - w najlepszym znaczeniu tego słowa - film Nowych Horyzontów.

"Boyhood" to projekt niemający wcześniej precedensu. Film powstawał na przestrzeni dwunastu lat. Co roku Richard Linklater spotykał się z ekipą i aktorami, by kręcić 10-15 minutowe krótkie filmy, które potem łączył w fabułę. Każde takie spotkanie rejestrowało rok z życia głównego bohatera, Masona. Dzięki tej metodzie oglądamy jego dorastanie bez poczucia, że ktoś nas jednak trochę oszukuje, mamy wrażenie obcowania z czymś szczerym i dobrze nam znajomym. Mimo bowiem wyraźnego umiejscowienia filmu w miejscu i czasie - w tle widzimy wybory na prezydenta, słuchamy piosenek z danego okresu - to historia uniwersalna, z którą nietrudno się identyfikować.

Masona poznajemy w wieku pięciu lat i towarzyszymy mu przez kolejne małżeństwa i rozwody matki, która wiązała się z nieodpowiednimi mężczyznami, spotkania z ojcem, miłosne przygody i rozczarowania czy odkrywanie w sobie pasji do fotografii. Jednocześnie wraz z Masonem zaczynamy się w pewnym momencie zastanawiać nad sensem wszystkiego, co robimy, błędów, które popełniamy, decyzji, które podejmujemy. Odpowiedź na te pytania w "Boyhood" nie pada i to chyba jest w nim najcenniejsze.

Dzikość serca

O ile "Boyhood" uczyniło świat trochę piękniejszym, o tyle "Dzikie historie" przywróciły nas do brutalnej rzeczywistości. Film składa się z kilku niepowiązanych ze sobą opowieści, które łączy czarny humor, groteska, absurd i przemoc. Pierwsza z nich, w której kluczowy staje się element zaskoczenia, utrzymana jest w duchu Almodovara, który zresztą ten film produkował. W innej znakomitej noweli dwaj jadący samochodami mężczyźni spotykają się na drodze, by ni tego, ni z owego uwikłać się w pełną napięcia konfrontację, która nie kończy się dla nich najlepiej. Mamy również scenkę z wesela, podczas którego panna młoda dowiaduje się o zdradzie męża i z radosnego przyjęcia robi prawdziwą masakrę.

Jest również opowieść o mężczyźnie, który bezskutecznie walcząc z absurdalnymi przepisami, zostaje terrorystą. Argentyńskiemu reżyserowi Damiánowi Szifronowi nie brakuje pazura w portretowaniu rzeczywistości: dostrzegania napięć, które rodzą nierówności społeczne czy niesprawiedliwości systemu, ale swoje "Dzikie historie" ubiera w przednią zabawę w kino.

Tragedia na Osage Avenue

Zabawny za to nie był dokument "Niech płonie ogień". Film przedstawia historię konfliktu władz Filadelfii z radykalną organizacją MOVE. Na powstałą w latach 70. grupę składają się głównie czarni. MOVE głosi powrót do natury i odrzucenie technologii. Na początku swojego istnienia MOVE zwróciło na siebie uwagę władz Filadelfii ze względu na niehigieniczne warunki życia, szerzące się robactwo i szczury oraz dyskusyjne metody wychowawcze dzieci. W 1978 roku aresztowano dziewięciu członków grupy za udział w zamordowaniu jednego policjanta. Jednak do prawdziwej tragedii doszło w 1985 roku, kiedy na dom przy Osage Avenue, w którym rezydowała komuna, policja spuściła bombę.

Ogień, który szybko się rozprzestrzenił, celowo nie został ugaszony. Zginęło wówczas jedenaście osób, a blisko sześćdziesiąt domów zostało zniszczonych. Ani policja i straż pożarna, ani przedstawiciele władz miasta nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Dla twórcy filmu, który przedstawia tę historię obiektywnie, to przykład na to, jaką szkodę mogą wyrządzić uprzedzenia, strach i nietolerancja, po dziś dzień żywe w amerykańskim społeczeństwie.

Ministerstwo głupich kroków

Bartosz Sadulski obejrzał "Francuskiego ministra": Słynny francuski reżyser starszego pokolenia Bertrand Tavenier mógłby sobie pozwolić na wszystko, a nakręcił dosyć konwencjonalną komedię o politycznym zacięciu. Arthur Vlaminck trafia do francuskiego MSZ, gdzie ma się zająć pisaniem przemówień dla przystojnego i charyzmatycznego ministra de Vormsa. Miejsce okazuje się domem wariatów, z chaotycznym ministrem górującym w piramidzie czubków.

Pieczę nad wszystkim trzyma doświadczony Maupas (znakomity Niels Arestrup, laureat tegorocznego Cezara za najlepszą rolę drugoplanową), kierujący młodym pracownikiem w meandrach ministerstwa, polityki i umysłu de Vormsa. Większość komicznych sytuacji wynika ze zderzenia poetyckiej strony ministra z tą bardziej praktyczną i nieustannego konfliktu wewnętrznego paraliżującego pracę Arthura i wszystkich pracowników.

"Francuski minister" jest też komedią polityczną, wyśmiewającą zacofanie ministerstwa (w budynku nie ma Internetu etc.) i polaryzację światowej polityki, w której kluczową rolę grają Amerykanie. To luźna i sprawnie nakręcona komedia, pokazująca spory dystans Francuzów do siebie, ale też ukazująca ich z dobrej strony, jako oczytanych miłośników filozofii i pokojowych, sprawnych rozwiązań światowych konfliktów.

Niezręczna podróż w przeszłość

Halina Jasonek widziała "Zjazd absolwentów": Nie jestem terapeutką Anny Odell, ale film "Zjazd absolwentów" sugeruje, że jeszcze sobie nie do końca radzi ze szkolną przeszłością. Przynajmniej jest kontrowersyjną szwedzką artystką i performerką, więc może szkolne rozrachunki zamienić w projekt artystyczny. "Zjazd absolwentów" to doku-fikacja i film w filmie. W pierwszej części Odell inscenizuje spotkanie klasowe, na które w rzeczywistości nie została zaproszona. Jej szkolnych kolegów odgrywają aktorzy, którym mogła wygarnąć, jak bardzo ją upokarzali i ośmieszali lata temu. To porywający spektakl. Emocje buzują, a widz do końca nie wie z kim trzymać. Na początku byłam w "team Anna". Spotkania klasowe są pełne epatowania udawanym szczęściem i życiowym sukcesem oraz idealizowania dawnych czasów. A ona miała odwagę powiedzieć, że wcale nie jest fajnie. Że kiedy reszta klasy świetnie się bawiła, nierzadko jej kosztem, ona cierpiała. Ale kiedy te wyrzuty nie mają końca, frustracja bohaterki zaczyna męczyć. To wrażenie utrzymuje się przez drugą część "Zjazdu". Odell zaprasza prawdziwych szkolnych kolegów do obejrzenia i skomentowania swojego filmu. Choć "Zjazd absolwentów" oglądało mi się bardzo dobrze, to uczucie "wolałabym w tym nie uczestniczyć" było bardzo silne. Motywy, którymi kierowała się Odell, są dla mnie nie do końca jasne, ale podejrzane. Raczej podziękuję za branie udziału w tej dziwnej terapii.

Nie tylko kino

W dwóch miejscach we Wrocławiu, Galerii Entropia i barze Cocofli, można oglądać dwie instalacje, oparte są na filmowych zapisach zwykłego życia – codziennego i od święta, zarejestrowanych na taśmie celuloidowej 8 i 16 mm od lat czterdziestych do sześćdziesiątych ubiegłego wieku przez dwóch niezależnych filmowców. Cofamy się w czasie, by odwiedzić miejsca, których już nie ma bądź wyglądają inaczej, obserwujemy ludzi na ulicach, zafascynowani oglądamy pojazdy i marki, które już dawno wyszły z użycia.

Źródło: Onet.pl

T-Mobile Nowe Horyzonty 2014: Kino na najwyższym poziomie - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Gwiazdą Klubu Festiwalowego w Arsenale podczas tegorocznej edycji MFF T-Mobile Nowe Horyzonty (23 lipca - 2 sierpnia) będzie libańska piosenkarka Yasmine Hamdan - wokalistka kultowej bejruckiej grupy Soap Kills, pierwszego zespołu grającego mieszankę indie i muzyki elektronicznej na Bliskim Wschodzie.

Pracowała z Mirwaisem, CocoRosie, obecnie działa z założycielem francuskiej grupy Nouvelle Vague Markiem Collinem. Jej zmysłowym, hipnotyzującym głosem zachwycali się bohaterowie i widzowie ostatniego filmu Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją. W poszukiwaniu inspiracji do melodii i tekstów, Hamdan sięga po repertuar najbardziej charyzmatycznych piosenkarek arabskiej estrady z połowy dwudziestego wieku. Łączy zmysłowość z subtelną krytyką społeczną zawartą w tekstach, które traktują o wolności i emancypacji w krajach Bliskiego Wschodu. Delikatne dźwięki gitary akustycznej, klasyczne syntezatory, mistyczna atmosfera i porywający, wielowymiarowy głos Yasmine - to wszystko będzie można usłyszeć podczas koncertu w pierwszą sobotę festiwalu, 25 lipca.

Sprzedaż biletów na pierwszy koncert Hamdan w Polsce rozpocznie się 18 marca na stronie festiwalu. Ceny biletów: 50 zł (normalny), 45 zł (dla posiadaczy karnetów i akredytacji).

Więcej informacji na stronie festiwalu.

W Klubie Festiwalowym wystąpi także bezkompromisowy wrocławski kolektyw Kormorany - legenda muzyki teatralnej i filmowej, autorzy genialnych plastyczno-muzycznych happeningów, którzy działają na scenie muzycznej już od ponad 25 lat.

Yasmine Hamdan gwiazdą muzyczną 15. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się