Francois Ozon w klimacie bliskim filmom Pedra Almodovara - kapitalne połączenie!

Znakomity francuski reżyser tym razem wziął na warsztat świetną powieść autorstwa Ruth Rendell. Po prozę Angielki sięgnął swego czasu Pedro Almodovar, kręcąc na jej kanwie rewelacyjne „Kobiety na skraju załamania nerwowego”, jeden z moich ulubionych filmów.

„Nowa dziewczyna” jest równie dobra. To zaskakujący, trzymający w napięciu film, w którym dramat spotyka się z komedią. Są w nim zarówno sceny przezabawne, jak i wzruszające. Duża w tym zasługa aktorów - Romain Duris i - znana ze „Sponsoringu” Małgorzaty Szumowskiej - Anaïs Demoustier wypadli pierwszorzędnie. Ten pierwszy prezentuje się wręcz olśniewająco. Francois Ozon po raz kolejny dowiódł natomiast reżyserskiej biegłości i narracyjnego talentu. Niby pozostaje w kręgu swoich ulubionych tematów, a jednak wciąż potrafi zaskoczyć i zaintrygować.

„Nową dziewczynę” trudno zaliczyć do grona najlepszych filmów Francuza, ale to film niebanalny i podejmujący bardzo ważne problemy. Skupia się na meandrach ludzkich uczuć i na tym, co skrywają ich dusze. Niektóre fragmenty, w tym scena w knajpie i końcówka, skradły moje serce.

Francois Ozon w klimacie bliskim filmom Pedra Almodovara - kapitalne połączenie!

Recenzja: "Nowa dziewczyna" - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Debiut László Nemesza robi wszystko, by zmaksymalizować poczucie dyskomfortu widza. "Syn Szawła" zamyka publiczność w ciasnych, klaustrofobicznych wręcz kadrach, które sugestywnie oddają obozowy nastrój tłoku, brudu i zgnilizny. Polegając głównie na rozwiązaniach formalnych, węgierski reżyser niezwykle wiarygodnie odtwarza przerażające realia obozu zagłady.

Kino wielokrotnie już poświęcało miejsce Holokaustowi, zarówno na polu fabularnym, jak i dokumentalnym. Tkwiąca w zbiorowej pamięci wielu narodów trauma była przepracowywana setki razy, jednak skala tej nieludzkiej zbrodni sprawia, że po siedemdziesięciu latach rany wciąż pozostają niezagojone. W filmowych portretach Żydów rzadko jednak do tej pory mieliśmy do czynienia z bohaterami pochodzenia węgierskiego, a przecież przedstawiciele tej nacji także ginęli w Oświęcimiu czy Treblince. Film Nemesza dodaje do kinematograficznego dyskursu o Holokauście perspektywę Madziarów.

Trzeba mieć w sobie niesamowitą artystyczną odwagę, by w swoim fabularnym debiucie podjąć tak trudny temat. Tytułowy Szaweł to członek Sonderkommando, żydowskiej grupy roboczej w obozie w Oświęcimiu, zajmującej się głównie przygotowywaniem komór gazowych do przyjęcia kolejnych transportów. Podczas rutynowego uprzątania ciał odnajduje żywego jeszcze nastolatka, w którym rozpoznaje swego syna. Gdy Niemcy szybko naprawiają swoje 'niedopatrzenie', Szaweł postanawia zrobić wszystko, by pochować chłopaka. Ta samobójcza misja staje się jeszcze trudniejsza, gdy obozowy ruch oporu postanawia w tym czasie wprowadzić w życie swój plan ucieczki.

Nakręcony stałoogniskowym obiektywem 40 mm, debiut Nemesza jest ekstremalnym przykładem filmowego naturalizmu. Kadry rzadko obejmują coś poza twarzą głównego bohatera, zaś niewielka głębia ostrości powoduje, że okropieństwa pracy Sonderkommando jawią się jako nierzeczywiste. Kamera jest nieodłącznym towarzyszem Szawła, w którego – być może także dla wzmocnienia realizmu – fantastycznie wciela się węgierski Żyd, poeta Géza Röhrig. Skupienie obiektywu na protagoniście wzmacnia poczucie zagrożenia, którego widz – podobnie jak bohater – nie spodziewa się ze względu na ograniczoną percepcję.

"Syn Szawła" jest dziełem niedopowiedzianym nie tylko ze względu na zabiegi formalne – do końca bowiem nie można być pewnym czy chłopiec, którego chce pochować Szaweł, w rzeczywistości jest jego synem. Być może to tylko chęć ucieczki od szaleństwa skłania bohatera do poszukiwania celu w piekle obozowego życia, a być może to jedynie jakiś niewytłumaczalny, ostatni odruch człowieczeństwa. "Porzuciłeś żywych dla zmarłych" – mówi Szawłowi jeden z przywódców ruchu oporu i słowa trafnie podsumowują postawę bohatera, który bardziej niż na odwecie na niemieckim oprawcy skupia się na wypełnieniu żydowskiego i ojcowskiego obowiązku, ryzykując przy tym życie swoje i współwięźniów.

Film László Nemesza to wstrząsające, organiczne kino, które co prawda nie rewolucjonizuje filmowego dyskursu o Holokauście tak, jak sugerowały to relacje z Cannes, ale proponuje bardzo osobiste spojrzenie na traumę, która wciąż tkwi w narodach Europy.

Recenzja: "Syn Szawła" - opinie i komentarze (2)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Giekon
23-01-2016 - 18:41:47
Super film i bardzo dobra recenzja filmu...
  (0)
Odpowiedz
zobacztutaj.pl
22-01-2016 - 03:21:36
Naprawdę poruszający film dający świeże spojrzenie na piekło które ludzie stworzyli ludziom. Moim skromnym zdaniem ten film powinien być obowiązkowym filmem dla każdego człowieka na Ziemi.
  (0)
Odpowiedz

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Jeśli kiedykolwiek wątpiliście w znaczenie pojęcia American Dream, po obejrzeniu filmu Marka Hartleya porzucicie swoje wątpliwości w jego prawdziwość. "Electric Boogaloo: Niesamowita historia Cannon Films", opowieść o Menahemie Golanie i Yoramie Globusie, to doskonały przykład spełnienia amerykańskiego, choć bardzo krótkiego snu.

Fani kina akcji lat 80-tych doskonale znają kultowe studio filmowe, które w okresie największej twórczej płodności wypuszczało na rynek kilkadziesiąt pozycji rocznie. Wiele z tytułów, które nierzadko powstawały w głowach pochodzących z Izraela właścicieli, nie trafiało nawet na ekrany kinowe – ich targetem był rynek VHS, tyleż popularny, co znacznie mniej wymagający niż obieg wielkoekranowy. Cannon Films wydało na świat tak legendarne tytuły, jak "Zaginiony w akcji", "Cobra", "Delta Force" czy cieszący się wyjątkowo złą sławą "Kapitan Ameryka". Golan i Globus rozpędzali swój filmowy biznes w tempie, które zawstydziłoby nawet pendolino, a przyświecał im tylko jeden cel – osiągnąć sukces w Hollywood.

Hartley zaprosił do udziału w filmie dziesiątki dawnych współpracowników Menahema i Yorama: producentów, reżyserów, aktorów, scenarzystów i montażystów. W "Electric Boogaloo" znajdziemy archiwalne nagrania wypowiedzi znanych krytyków, na czele z Rogerem Ebertem, przez ekran przewijają się setki plakatów produkcji spod znaku Cannon Films, jednak kwintesencję stanowią fragmenty filmów. To one mówią najwięcej o wizji kina, jaką mieli Golan i Globus. Niezliczone sceny erotyczne, bijatyki, strzelaniny, podlane odpowiednią ilością gore stanowią dziś znak firmowy studia, o którego powrót modlą się dziś tysiące fanów na całym świecie. Eksploatacyjna estetyka zaproponowana przez Cannon wraca do łask, choć dziś – podobnie jak trzydzieści lat temu – nie mogłaby liczyć na przychylność głównego nurtu dystrybucji kinowej.

Mimo że dzięki "Electric Boogaloo" możemy dowiedzieć się wiele na temat sposobu funkcjonowania wytwórni, film Hartleya ma charakter anegdotyczny, pretekstowy, i wydaje się być czymś w rodzaju zachęty do dalszego badania fenomenu studia Cannon Films, a nade wszystko – do zapoznania się z jego dorobkiem. Nie ulega bowiem wątpliwości, że reżyser – podobnie jak bohaterowie jego filmu – najmocniej wierzy w ludyczną, rozrywkową moc kina.

Recenzja: "Electric Boogaloo" - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Irański film miłosny o wampirach ze świetną muzyką i intrygującym klimatem.

Znakomity debiut Any Lily Amirpour dowodzi jej wielkiego talentu do żonglowania filmowymi gatunkami, doboru muzyki i opowiadania wciągającej historii bez fajerwerków. Czy irańska reżyserka stanie się osobowością kina niezależnego na miarę Jima Jarmuscha? A może pójdzie tropem Petera Jacksona, kręcąc blockbustery na miarę „Władcy pierścieni”? Z zainteresowaniem będę śledził dalszy rozwój jej kariery. Coś czuję, że jeszcze nieraz nas zaskoczy.

Za bardzo pozytywną niespodziankę uważam film "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu". To miłosna opowieść o dwójce samotnych ludzi. Nieśmiała wampirzyca spotyka równie wyalienowanego chłopaka w Bad City, będącym miastem grzechu i rozpusty. Banalne? Zgadzam się, że takich filmów było już wiele. Na szczęście Amirpour wie, jak przykuć uwagę widzów hipnotyzującymi zdjęciami i wspaniałą, wpadającą w ucho muzyką. Twórcy „Zmierzchu” mogliby się od niej uczyć. Ten film to prawdziwa uczta.

Recenzja: "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu" - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się