Jak wyglądałby świat, gdyby znalezienie partnera życiowego było nie tyle naturalną potrzebą każdego człowieka, ale nakazanym przez prawo obowiązkiem? I gdyby za bycie samotnikiem groziła kara fizyczna lub wykluczenie ze społeczności? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w niesamowitym "The Lobster", najnowszym dziele Giorgosa Lanthimosa, ojca chrzestnego nowego kina greckiego.

Urodzony w Atenach reżyser od pierwszych filmowych prób konsekwentnie kreuje swoją wizję kina, w której często powraca motyw teatralizacji życia.  Ale o ile wcześniejsze dzieła, jak słynny "Kieł" czy "Alpy", osadzone były w kryzysowych realiach Grecji, przez co skojarzenia z teatrem antycznym były naturalne, o tyle "The Lobster" rozgrywa się w nieznanej anglojęzycznej przestrzeni i w nieokreślonym czasie. Mimo że Lanthimos sięga po doskonale znanych na świecie aktorów (Colin Farrell, Rachel Weisz, Léa Seydoux, Ben Whishaw), pozostaje wierny surrealistycznej wizji świata.

Akcja rozpoczyna się w hotelu, do którego automatycznie trafiają osoby samotne – zdradzone przez partnerów, świeżo owdowiałe lub po prostu nieumiejące znaleźć życiowego partnera. Gdy już zameldują się w specjalnym ośrodku, mają 45 dni na stworzenie związku z jednym z 'pensjonariuszy' – inaczej… Na tym muszę zakończyć opis fabuły, gdyż każdy kolejny szczegół uszczupliłby ogrom przyjemności, którą czerpie się z projekcji "The Lobster". Dość powiedzieć, że Lanthimos kreuje dystopię, w której główny bohater ucieka z jednego quasi-totalitarnego systemu, by trafić do innego, opartego jednak na innych założeniach, reżimu.

Opowieść o samotności i potrzebie przeżywania codzienności z drugim człowiekiem staje się zatem przypowieścią o ocaleniu wolności – fizycznej, objawiającej się w pełnych afekcji gestach, oraz psychicznej, pozwalającej na świadomy wybór życia w pojedynkę. Operując czarnym jak czupryna Farrella humorem, Lanthimos przekazuje wiele smutnych prawd, których nagromadzenie doskwiera zwłaszcza w drugim rozdziale tej historii. Jednak dzięki wspaniałemu aktorstwu (Colin wznosi się na wyżyny!) i niebanalnej warstwie tekstualnej, "The Lobster" unika demagogii i stawiania tendencyjnych sądów. Grecki reżyser co prawda nie odkrywa przed widzem nowych zakamarków ludzkiej natury, ale dzięki swej wyobraźni opowiada o dobrze znanych mechanizmach w zachwycająco świeży sposób.

"The Lobster" to bez wątpienia najbardziej przystępne z dzieł Giorgosa Lanthimosa – podczas żadnego pokazu jego filmów nie słyszałem tylu salw śmiechu, nawet jeśli był to śmiech gorzki. Autor "Kła" nie wpadł jednak w pułapkę dużego budżetu, a wypływając na szersze wody zachował niepokorność i oryginalność wyobraźni, która przyniosła przyniosła mu uznanie.

Recenzja: "The Lobster" - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

12. edycja kultowej imprezy odbędzie się we Wrocławiu w dniach 19-29 lipca. Czeka na Was 440 filmów z ponad 40 krajów, koncerty, wystawy i instalacje, wizyty wybitnych twórców. 23 marca rozpoczyna się internetowa sprzedaż karnetów festiwalowych.

Dla miłośników kina artystycznego, bezkompromisowego, kontrowersyjnego i eksperymentalnego T-Mobile Nowe Horyzonty to pozycja obowiązkowa. Tylko tam można obejrzeć najlepsze filmy z najważniejszych światowych festiwali, porozmawiać z mistrzami kina na licznych spotkaniach, zobaczyć pokazywane po raz pierwszy w Polsce popkulturowe zjawiska i unikalne retrospektywy. Na żadnym innym festiwalu nie ma takiego klimatu – całe miasto żyje filmową atmosferą, zaś wieczorem przenosi się do Klubu Festiwalowego w Arsenale, gdzie codziennie odbywają się koncerty i muzyczno-multimedialne show.

Znamy już program 12. edycji festiwalu. Tradycyjnie znajdą się w nim sekcje konkursowe.
W
Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty 14 nowych, wybranych spośród setek nadesłanych oraz oglądanych przez selekcjonerów na festiwalach na całym świecie „nowohoryzontowych” filmów.
W konkursie zobaczymy m.in. zwycięzcę z San Sebastian – kataloński Double Steps Isaki Lacuesty oraz chilijskiego laureata z Rotterdamu From Thursday to Sunday Domingi Sotomayor. W Międzynarodowym Konkursie Filmów o Sztuce zobaczymy chociażby eksperymentalny dokument Michaela Palma Low Definition Control – wizjonerski film o kontroli nad ludzkim życiem, jaką daje nieustanny zapis wideo kamer przemysłowych oraz Songs brazylijskiego mistrza Eduardo Coutinho – liryczny portret mieszkańców Rio De Janeiro, opowiadających swoje historie życiowe poprzez ulubione piosenki.

T-Mobile Nowe Horyzonty 2012: kino meksykańskie - The Last Christeros - Matias Meyer

W programie festiwalu znajdą się ponadto stałe sekcje, wśród nich „panorama” – dzieła mistrzów i odkrycia, filmy nagradzane na wielkich i małych  festiwalach, m.in. w Berlinie, Cannes, San Sebastian, Rotterdamie, Toronto, Locarno i Wenecji. Na specjalnych pokazach będzie można zobaczyć najnowsze filmy polskie.

Podczas 12. edycji festiwalu odbędzie się pięć autorskich retrospektyw. Dušan Makavejev, Ulrich Seidl, Carlos Reygadas, Peter Tscherkassky oraz Witold Giersz będą gośćmi festiwalu. Makavejev to najwybitniejszy jugosłowiański reżyser, skandalista, nowofalowiec, mistrz politycznej groteski. Jego filmy były często uznawane za zbyt śmiałe obyczajowo i zakazywane przez cenzurę. Seidl to scenarzysta, reżyser i ceniony dokumentalista, jeden z najciekawszych i najbardziej kontrowersyjnych twórców europejskiego kina, autor fabularnych Upałów i Import/Export oraz wybitnych dokumentów. Reygadas to filmowy mistyk i poeta, jeden z najciekawszych przedstawicieli współczesnego kina meksykańskiego. Pochodzący z Austrii Tscherkassky to wybitny twórca eksperymentalny, tworzący przede wszystkim found footage films, czyli dzieła kompilacyjne zmontowane z istniejących już materiałów audiowizualnych (na przykład filmów gatunkowych). Giersz to wybitny twórca animacji, autor blisko 50 filmów, za które otrzymał ponad 60 nagród i wyróżnień na wielu prestiżowych festiwalach, m.in. w Cannes, Paryżu, Teheranie i Turynie.

W ramach jednej z najpopularniejszych sekcji festiwalu Nocne szaleństwo zostaną zaprezentowane te kultowe, jak i te zupełnie nieznane, filmy z gwiazdami muzyki rockowej i pop. W ramach Re-mixed. Ze sceny na ekran będzie można oglądać filmy chociażby z Davidem Bowie, Mickiem Jaggerem, a także współczesnymi ikonami muzyki. 

Tegoroczny festiwal upłynie pod znakiem kinematografii meksykańskiej. Zostanie pokazanych około 15 tytułów zrealizowanych w Meksyku w ostatnich latach. Wydarzeniem festiwalu będzie pierwszy w Polsce przegląd mockumentów, czyli filmów wykorzystujących konwencję dokumentu do stworzenia własnej, nieistniejącej rzeczywistości. We Wrocławiu zobaczymy „sfałszowane dokumenty” o fikcyjnych zespołach muzycznych, filmach, wydarzeniach i osobach.

T-Mobile Nowe Horyzonty 2012: Retrospektywy - Ulrich Seidl

Podczas 12. edycji festiwalu odbędzie się również przegląd filmów zrealizowanych w Studiu Filmowym im. Karola Irzykowskiego, przeżywającym swój złoty okres w latach 80. ubiegłego wieku. Skupiało wokół siebie grono młodych absolwentów szkół filmowych, którym udało się stworzyć odważną, artystyczną alternatywę do coraz bardziej skomercjalizowanej polskiej kinematografii. Wśród ponad 30 filmów znajdą się m.in.: Pożegnanie jesieni Mariusza Trelińskiego, Nadzór Wiesława Saniewskiego, Kornblumenblau Leszka Wosiewicza, Dom wariatów Marka Koterskiego, Niedzielne igraszki Roberta Glińskiego.

Sekcja The Happy End inauguruje scenę artystyczną festiwalu – platformę łączącą kino ze sztukami wizualnymi. We Wrocławiu zostaną pokazane obrazy na koniec świata – filmy oraz projekty audiowizualne polskich i zagranicznych artystów, których będzie łączył temat apokalipsy. Jednym z filmowych wydarzeń sekcji będzie Legenda Kaspara Hausera – deliryczny neowestern z Vincentem Gallo i pulsującą muzyką electro DJ’a Vitalica. Wydarzeniem specjalnym towarzyszącym retrospektywie Carlosa Reygadasa, będzie projekt SERENGHETTI – wielokanałowa instalacja, będąca zapisem niezwykłego meczu piłki nożnej kobiet.

Pokazy na wrocławskim Rynku, koncerty w Muzeum Miejskim w Arsenale, setki filmów do wyboru, lekcje kina, wystawy – to wszystko i jeszcze więcej w lipcu we Wrocławiu. Nie może Was tam zabraknąć! Karnety w sprzedaży już od 23 marca.

Pobierz aplikację T-Mobile Nowe Horyzonty wprost do Twojego telefonu z Google Play, AppStore lub Windows Marketplace. Aplikacja pozwoli Ci śledzić wiadomości w trakcie i po festiwalu, czytać opisy i oglądać trailery filmów festiwalowych.

<p><em>Zapraszamy do obejrzenia naszego filmu, który podsumowuje 11 MFF T-Mobile Nowe Horyzonty. Zobaczcie co działo się pod koniec lipca 2011 r. we Wrocławiu!</em></p>

Znamy program festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty! - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

„Jedz, módl się i kochaj”. Pamiętacie ten film z Julią Roberts? Austriak Ulrich Seidl właśnie realizuje podobną trylogię, o miłości, odchudzaniu i religii. Ale nie będzie to z pewnością sympatyczna i lekkostrawna bajeczka dla zmęczonych pracą w korporacji. Dowodem pierwszy film z cyklu „Raj” - „Miłość”, pokazywany właśnie na T-Mobile Nowych Horyzontach. Seidl, jeden z najciekawszych europejskich reżyserów, twórca pokazywanych w Polsce „Upałów” czy „Import/Export” miał zresztą pojawić się we Wrocławiu, gdzie trwa jego retrospektywa, niestety w ostatniej chwili odwołał przyjazd.

Bohaterką „Raj: Miłość” (wkrótce w polskich kinach) jest Sugar Mama, czyli sex-turystka, kobieta z Zachodu szukająca erotycznych rozrywek w kurortach krajów Trzeciego Świata.

Theresa (Margarethe Tiesel) ma około 50., samotnie wychowuje córkę w małym, sterylnie czystym mieszkaniu na wiedeńskim blokowisku. Wakacje w Kenii są dla niej wyprawą do raju, takiego z turystycznych folderów (biały piasek, błękitne morze, słońce, palmy i drinki) i tego, którego sekrety kobiety podobne do niej przekazują sobie po cichu. Bo egzotyczne wakacje to szansa na egzotyczny seks. Wyczekujący pod hotelami na plażach czarnoskórzy Beach Boys maja do zaoferowania znacznie więcej, niż tandetne wisiorki.

Plakat filmu "Raj: Miłość" reż. Ulrich Seidl

Koleżanka Theresy, która zaliczyła niejedną taką wyprawę, przekonuje, że „tu jest Afryka”, więc mężczyźni są „dzicy”, tak naprawdę jednak owa „dzikość” jest projekcją jej własnych fantazji i potrzeb – by wyzwolić się z obyczajowych i kulturowych więzów. Upust tłumionym emocjom i pragnieniom daje też Teresa, tyle, że nad spontanicznością szybko górę bierze desperacja.

Seidl opowiada o więdnących ciałach, o niekochanych, starzejących się kobietach, które nawet we własnych oczach nie zasługują na miłość (i tu właściwie tkwi sedno problemu). Wyprawa do raju, w którym młode męskie ciała są na wyciągnięcie ręki, musi jednak skończyć się w piekle samotności, jeśli do seksu za pieniądze chce się gratis dostać uczucie. Gdy po jednej z kolejnych zakończonych zawodem przygód Theresa wspina się ciężko po hotelowych schodach, jest tą samą Teresą, której wspinaczke do mieszkania, z torbami pełnymi zakupów widzieliśmy na początku filmu. Czy na wiedeńskim osiedlu, czy pod palmami – Theresa wszędzie wlecze za sobą swój los, swój wiek, swoje ciało. Swój smutek.

Oczywiście „Raj: Miłość” jest też filmem o podporządkowaniu, o kolonializmie, który ukształtował stosunek białych kobiet do czarnych mężczyzn – i na odwrót. Jedyną możliwą relacją jest wzajemna eksploatacja, ufundowana na przekonaniu o tym, że wszyscy biali mają pieniądze i na seksualnych mitach dotyczących Afrykanów. Piękne, sprawne ciała to są „naturalne zasoby” po które dziś wyprawiają się ludzie Zachodu. Seidl bezustannie podkreśla też dystans dzielący jednych od drugich - sznur stanowiący granicę miedzy hotelem pełnym białych turystów i plażą pełną miejscowych, jest solidniejszy, niż najwyższy mur; podobnie rzecz ma się z "egzotycznymi" występami w hotelach. Kenijczycy występują dla białych w jakimś przerażającym repertuarze, który nie ma nic wspólnego z prawdziwą lokalną kulturą. Wszystko po to, by wyprodukować iluzję "raju". 

Niesamowite, jak nieuchronnie blaknie rajska fototapeta, na tle której Theresa to żebrze, to domaga się miłości. Palmy, biały piasek i turkusowa woda w pierwszych sekwencjach z Kenii biją po oczach, z czasem egzotyczna sceneria powszednieje, a odsłania się to, czego nie widać za hotelową fasadą: brudne pokoje tanich hoteli, obskurne mieszkania, prymitywne bary, ciemne zaułki - wszechobecna nędza.

Czar pryska. I to na wiele sposobów.  

Seidl, jak to Seidl – długo nie daje spokoju. Myślę o mężczyznach, których zatrudnił do ról kochanków, a którzy są prawdziwymi „Beach Boys”. Właściwie kupił ich tak samo, jak Theresa i jej koleżanki amantów. Nie ukrywał, że to była tylko kwestia pieniędzy – czyżby więc austriacki reżyser też włączył się w krytykowany przez siebie system?

Myślę też o Teresie, i o sposobie, w jaki Seidl pokazuje kobiety – Diesel podziwiano w Cannes za odwagę, rzadko która kobieta po 50., szczególnie, jeśli nie ma doskonałej figury, ośmiela się obnażyć przed kamerą. Diesel pokazuje fałdy tłuszczu, obwisłe piersi, grube uda. Smutne ciało, które pragnie pieszczoty. Seidl patrzy na Theresę, tak, jak inni mężczyźni: bez miłości. I to zimne spojrzenie jakoś mi przeszkadza.

 

Fot. "Raj: Miłość" reż. Ulrich Seidl

<p><em>Jeżeli jeszcze nie jesteście przekonani do obejrzenia tego filmu, obejrzyjcie jego polski zwiastun.</em></p>

Smutek tropików na T-Mobile Nowe Horyzonty 2012 - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Za nami kolejny festiwalowy dzień i kolejne fantastyczne filmy. Wyjątkowo trudno wybrać spośród nich ten, który wywarł na nas największe wrażenie. "Boyhood" Richarda Linklatera ukazał nam we niesamowity sposób tematykę przemijania. "Francuski minister" wprawił nas w dobry humor pokazując polityczną komedię, której akcja toczy się w... domu wariatów.

Chłopięcy świat

W niemal trzygodzinny "Boyhood" wsiąka się jak w masło. Doświadczenie oglądania tego filmu można określić chyba tylko tym, co nazywamy magią kina. Na sali kinowej widz jest jednocześnie całkiem sam i wraz z innymi: sam, bo film okazuje się bardzo intymnym przeżyciem, i z innymi, bo dzieli z nimi niemal zawsze takie same reakcje. W przypadku "Boyhood" możliwe okazało się połączenie kina jako rozrywki masowej z ambicjami kina artystycznego. To najbardziej kinowy - w najlepszym znaczeniu tego słowa - film Nowych Horyzontów.

"Boyhood" to projekt niemający wcześniej precedensu. Film powstawał na przestrzeni dwunastu lat. Co roku Richard Linklater spotykał się z ekipą i aktorami, by kręcić 10-15 minutowe krótkie filmy, które potem łączył w fabułę. Każde takie spotkanie rejestrowało rok z życia głównego bohatera, Masona. Dzięki tej metodzie oglądamy jego dorastanie bez poczucia, że ktoś nas jednak trochę oszukuje, mamy wrażenie obcowania z czymś szczerym i dobrze nam znajomym. Mimo bowiem wyraźnego umiejscowienia filmu w miejscu i czasie - w tle widzimy wybory na prezydenta, słuchamy piosenek z danego okresu - to historia uniwersalna, z którą nietrudno się identyfikować.

Masona poznajemy w wieku pięciu lat i towarzyszymy mu przez kolejne małżeństwa i rozwody matki, która wiązała się z nieodpowiednimi mężczyznami, spotkania z ojcem, miłosne przygody i rozczarowania czy odkrywanie w sobie pasji do fotografii. Jednocześnie wraz z Masonem zaczynamy się w pewnym momencie zastanawiać nad sensem wszystkiego, co robimy, błędów, które popełniamy, decyzji, które podejmujemy. Odpowiedź na te pytania w "Boyhood" nie pada i to chyba jest w nim najcenniejsze.

Dzikość serca

O ile "Boyhood" uczyniło świat trochę piękniejszym, o tyle "Dzikie historie" przywróciły nas do brutalnej rzeczywistości. Film składa się z kilku niepowiązanych ze sobą opowieści, które łączy czarny humor, groteska, absurd i przemoc. Pierwsza z nich, w której kluczowy staje się element zaskoczenia, utrzymana jest w duchu Almodovara, który zresztą ten film produkował. W innej znakomitej noweli dwaj jadący samochodami mężczyźni spotykają się na drodze, by ni tego, ni z owego uwikłać się w pełną napięcia konfrontację, która nie kończy się dla nich najlepiej. Mamy również scenkę z wesela, podczas którego panna młoda dowiaduje się o zdradzie męża i z radosnego przyjęcia robi prawdziwą masakrę.

Jest również opowieść o mężczyźnie, który bezskutecznie walcząc z absurdalnymi przepisami, zostaje terrorystą. Argentyńskiemu reżyserowi Damiánowi Szifronowi nie brakuje pazura w portretowaniu rzeczywistości: dostrzegania napięć, które rodzą nierówności społeczne czy niesprawiedliwości systemu, ale swoje "Dzikie historie" ubiera w przednią zabawę w kino.

Tragedia na Osage Avenue

Zabawny za to nie był dokument "Niech płonie ogień". Film przedstawia historię konfliktu władz Filadelfii z radykalną organizacją MOVE. Na powstałą w latach 70. grupę składają się głównie czarni. MOVE głosi powrót do natury i odrzucenie technologii. Na początku swojego istnienia MOVE zwróciło na siebie uwagę władz Filadelfii ze względu na niehigieniczne warunki życia, szerzące się robactwo i szczury oraz dyskusyjne metody wychowawcze dzieci. W 1978 roku aresztowano dziewięciu członków grupy za udział w zamordowaniu jednego policjanta. Jednak do prawdziwej tragedii doszło w 1985 roku, kiedy na dom przy Osage Avenue, w którym rezydowała komuna, policja spuściła bombę.

Ogień, który szybko się rozprzestrzenił, celowo nie został ugaszony. Zginęło wówczas jedenaście osób, a blisko sześćdziesiąt domów zostało zniszczonych. Ani policja i straż pożarna, ani przedstawiciele władz miasta nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Dla twórcy filmu, który przedstawia tę historię obiektywnie, to przykład na to, jaką szkodę mogą wyrządzić uprzedzenia, strach i nietolerancja, po dziś dzień żywe w amerykańskim społeczeństwie.

Ministerstwo głupich kroków

Bartosz Sadulski obejrzał "Francuskiego ministra": Słynny francuski reżyser starszego pokolenia Bertrand Tavenier mógłby sobie pozwolić na wszystko, a nakręcił dosyć konwencjonalną komedię o politycznym zacięciu. Arthur Vlaminck trafia do francuskiego MSZ, gdzie ma się zająć pisaniem przemówień dla przystojnego i charyzmatycznego ministra de Vormsa. Miejsce okazuje się domem wariatów, z chaotycznym ministrem górującym w piramidzie czubków.

Pieczę nad wszystkim trzyma doświadczony Maupas (znakomity Niels Arestrup, laureat tegorocznego Cezara za najlepszą rolę drugoplanową), kierujący młodym pracownikiem w meandrach ministerstwa, polityki i umysłu de Vormsa. Większość komicznych sytuacji wynika ze zderzenia poetyckiej strony ministra z tą bardziej praktyczną i nieustannego konfliktu wewnętrznego paraliżującego pracę Arthura i wszystkich pracowników.

"Francuski minister" jest też komedią polityczną, wyśmiewającą zacofanie ministerstwa (w budynku nie ma Internetu etc.) i polaryzację światowej polityki, w której kluczową rolę grają Amerykanie. To luźna i sprawnie nakręcona komedia, pokazująca spory dystans Francuzów do siebie, ale też ukazująca ich z dobrej strony, jako oczytanych miłośników filozofii i pokojowych, sprawnych rozwiązań światowych konfliktów.

Niezręczna podróż w przeszłość

Halina Jasonek widziała "Zjazd absolwentów": Nie jestem terapeutką Anny Odell, ale film "Zjazd absolwentów" sugeruje, że jeszcze sobie nie do końca radzi ze szkolną przeszłością. Przynajmniej jest kontrowersyjną szwedzką artystką i performerką, więc może szkolne rozrachunki zamienić w projekt artystyczny. "Zjazd absolwentów" to doku-fikacja i film w filmie. W pierwszej części Odell inscenizuje spotkanie klasowe, na które w rzeczywistości nie została zaproszona. Jej szkolnych kolegów odgrywają aktorzy, którym mogła wygarnąć, jak bardzo ją upokarzali i ośmieszali lata temu. To porywający spektakl. Emocje buzują, a widz do końca nie wie z kim trzymać. Na początku byłam w "team Anna". Spotkania klasowe są pełne epatowania udawanym szczęściem i życiowym sukcesem oraz idealizowania dawnych czasów. A ona miała odwagę powiedzieć, że wcale nie jest fajnie. Że kiedy reszta klasy świetnie się bawiła, nierzadko jej kosztem, ona cierpiała. Ale kiedy te wyrzuty nie mają końca, frustracja bohaterki zaczyna męczyć. To wrażenie utrzymuje się przez drugą część "Zjazdu". Odell zaprasza prawdziwych szkolnych kolegów do obejrzenia i skomentowania swojego filmu. Choć "Zjazd absolwentów" oglądało mi się bardzo dobrze, to uczucie "wolałabym w tym nie uczestniczyć" było bardzo silne. Motywy, którymi kierowała się Odell, są dla mnie nie do końca jasne, ale podejrzane. Raczej podziękuję za branie udziału w tej dziwnej terapii.

Nie tylko kino

W dwóch miejscach we Wrocławiu, Galerii Entropia i barze Cocofli, można oglądać dwie instalacje, oparte są na filmowych zapisach zwykłego życia – codziennego i od święta, zarejestrowanych na taśmie celuloidowej 8 i 16 mm od lat czterdziestych do sześćdziesiątych ubiegłego wieku przez dwóch niezależnych filmowców. Cofamy się w czasie, by odwiedzić miejsca, których już nie ma bądź wyglądają inaczej, obserwujemy ludzi na ulicach, zafascynowani oglądamy pojazdy i marki, które już dawno wyszły z użycia.

Źródło: Onet.pl

T-Mobile Nowe Horyzonty 2014: Kino na najwyższym poziomie - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się