Nagrodzony na festiwalu w San Sebastian film „Tosty po meksykańsku” stawia pytanie, dla kogo dojrzewanie jest bardziej bolesne- dla nastoletniego syna czy jego samotnej matki? Kolejne wspólne wakacje wystawią ich relacje na próbę.

Meksykański reżyser, Fernando Eimbcke, inteligentnie wprowadził do tego filmu absurdalny humor, który pojawia się w nim mimochodem i między słowami. Kapitalne są znudzone miny bohaterów i niespodziewane wydarzenia, które burzą ich spokój bądź chwile prywatności.

„Tosty po meksykańsku” to kameralna, niespieszna opowieść, o próbie zabijania nudy w czasie wakacji i o zamieszaniu, jakie wprowadza w życie bohaterów nowa koleżanka Hectora, Jazmin. Jego matka obawia się samotności i ma problem z zaakceptowaniem pierwszej miłości swojego syna. Ten delektuje się zaś smakiem pierwszych nieśmiałych erotycznych przygód.

Eimbcke sportretował swoich bohaterów z czułością i zrozumieniem. Ujmująco opowiedział o wielkich problemach maluczkich.

Oglądaj setki filmów i seriali w Strefie T-Mobile w Player. Przez 30 dnia za darmo!

Recenzja: Tosty po meksykańsku - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Chłopcy z kapeli pozujący do zdjęcia grupowego przebrani w lokalne stroje, nierzadko całkowicie białe (podkreślające śniadą cerę) i z kapeluszami na głowach. Nie – zdecydowanie nie będziemy tu pisać o disco polo, ale skojarzenie nie jest bezpodstawne.

Prostota tekstów i środków wyrazu o mocno lokalnym zabarwieniu mogą kojarzyć się z kulturą a la disco relax, ale na samym początku podkreślmy jasno – to nie jest disco. Choć nasze skojarzenia są zupełnie usprawiedliwione, Duranguense w rzeczywistości ma więcej wspólnego z muzyką latynoską, taką jak chociażby merengue czy cumbia (bardziej znane) lub już mało rozpoznawalne w świecie meksykańskie dźwięki banda i norteno. Tutaj w grę wchodzą prawdziwe instrumenty, a nie tylko ich imitacja wybrzmiewająca z syntezatora. Ale wróćmy do polskich skojarzeń. Po pierwsze, ten rodzaj muzyki służy do tańczenia w parze (u nas niemal całkowicie zapomniane i występujące przede wszystkim na weselach), w Ameryce Łacińskiej to cały czas sposób zabawy także wśród młodzieży. Po drugie, panowie z wąsami w tamtym rejonie świata nie są dinozaurami z poprzedniej epoki. Po trzecie, teksty inspirowane codziennym życiem, dotyczące nie tylko miłości, ale też tak prozaicznych czynności, jak jedzenie czy picie, to także żaden ewenement wśród latynoskich piosenek (nawet gdy w grę wchodzą bardziej skomplikowane utwory muzyczne).

Duranguense to rodzaj meksykańskiej muzyki szczególnie popularnej wśród społeczności zamieszkującej Stany Zjednoczone. Nazwa pochodzi od miejscowości Durango. Głównymi instrumentami są tu saksofon, gitary i perkusja. Choć cały ruch rozpoczął się w Chicago, to pionierem był zespół, którego nazwa nawiązuje do tego meksykańskiego miasta – Grupo Montez de Durango. Z Illinois nowy gatunek muzyki zaczął rozprzestrzeniać się do innych stanów oraz samego Meksyku... pewnie w końcu trafił i do Durango! W 2000 roku świat oszalał na punkcie Duranguense, a zespoły takie jak Patrulla 81 wspięły się na szczyt latynoskich list przebojów. Najbardziej znani wykonawcy to (oprócz wspomnianych wcześniej prekursorów i popularyzatorów) El Trono de Mexico, Majestad de la Sierra, Diana Reyes, AK-7. Ich twórczość jest niezwykle popularna w serwisie YouTube.

Duranguense to rodzaj meksykańskiej muzyki szczególnie popularnej wśród społeczności zamieszkującej Stany Zjednoczone. Nazwa pochodzi od miejscowości Durango. Głównymi instrumentami są tu saksofon, gitary i perkusja.

By uspokoić tych, którzy sądzą że zetknęli się z czymś zupełnie unikalnym i zaściankowym, wyjaśniamy – w  kulturze latynoskiej znajdziemy znacznie więcej przykładów czegoś tak swojskiego i skocznego, a nie będącego marginesem i powodem do drwin (tak jak u nas disco polo). Muzyka, której Latynosi słuchają na co dzień, taka jak reggaeton, bachata, merengue czy Łumbia, nie odbiega znacznie tematyką piosenek i ich dynamiką od tego, co prezentuje Duranguense – wszystkie te nurty w muzyce służą po to, by tańczyć i się bawić, a niekoniecznie rozbierać ich znaczenie na czynniki pierwsze lub słuchać w skupieniu. W rzeczywistości bliżej więc będzie temu zjawisku do amerykańskiego country aniżeli do zmarginalizowanego w dzisiejszych czasach rodzimego disco polo.




Duranguense w najczystszej postaci ­– prawda, że trudno usiedzieć na miejscu?

Duranguense – meksykańskie country? - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Gaspar Noé – wizjoner, prowokator, wyznawca kina wolnego od kulturowych tabu – wraca na polskie ekrany audiowizualnym majstersztykiem „Wkraczając w pustkę”. Film był sensacją festiwalu w Cannes.

Po premierze filmu „Nieodwracalne” w 2002 roku nazwisko reżysera urodzonego w Buenos Aires było wymieniane jednym tchem z największymi skandalistami kina. Wszystko przez niezwykle realistyczną scenę gwałtu na bohaterce granej przez włoską seksbombę Monikę Belucci. W Polsce film mogli obejrzeć jedynie widzowie powyżej 21 roku życia. Media szalały, widzowie byli wstrząśnięci, niejednokrotnie wściekli wychodzili z kina. Nie oznacza to jednak, że Noé szokował bez powodu. Już od pełnometrażowego debiutu „Sam przeciw wszystkim” starał się demonstrować na ekranie własną wizję świata – zepsutego, pełnego przemocy, frustracji i niesprawiedliwości. A że to artysta bezkompromisowy i konsekwentny, nawet nie próbował owej wizji serwować w upiększonym opakowaniu. To nie w jego stylu. Noé zawsze wali prawdą prosto w oczy.

Psychodeliczna podróż arką Noégo

„Wkraczając w pustkę” potwierdza, że dla Noégo kino nie posiada ograniczeń. Kamera Benoît Debie'go szaleje w przestworzach, płynie przez labirynty rozświetlonego Tokio, rejestruje halucynacje bohaterów, przypominające najbardziej przedziwne obrazy awangardowych malarzy. Reżyser nie ukrywa w wywiadach, że prace nad pokazaniem „podróży” po spożyciu narkotyków, rozpoczęły się od skrupulatnego „researchu”. Sam Noé był królikiem doświadczalnym.

Głównym bohaterem „Wkraczając w pustkę” jest Amerykanin Oscar – pechowy diler narkotyków, którego japońscy policjanci zabijają w klubowym szalecie. Duch Oscara opuszcza martwe ciało i rozpoczyna podróż nad ogarniętym chaosem Tokio. Obserwuje swoich przyjaciół i ukochaną siostrę Lindę, z którą łączyła go silna więź od tragicznego wypadku ich rodziców w dzieciństwie. Widz ogląda świat z perspektywy Oscara. Kamera reaguje na jego ruchy i stany umysłu. Gdy Oscar bierze narkotyki, kamera także jest „na kwasie”, gdy bohater podnosi głowę, kamera wykonuje odpowiedni ruch, nawet każde mrugnięcie jest na ekranie widoczne w postaci czarnych pulsacji. Od dwudziestej piątej minuty filmu oglądamy Tokio już z perspektywy ducha Oscara, przenikającego ściany, dostającego się w przestrzenie niedostępne dla ludzkiego wzroku.

„Wkraczając w pustkę” to film niezwykle sugestywny – oszałamiający setkami barw i grą świateł... To ekstremalne przeżycie filmowe, którego nie da się porównać z niczym innym.

Azja według Noégo

„Wkraczając w pustkę” to efekt azjatyckich fascynacji Noégo. Dość zróżnicowanych, co należy podkreślić – to z jednej strony kino pełne erotyki w wydaniu japońskim, lecz z drugiej – zagłębiające się w tajniki buddyzmu. Noé inspirował się także „Grobowcem świetlików”, słynnym filmem anime z lat 80., opowiadającym historię 14-letniego chłopca i jego młodszej siostry, których rodzina zginęła podczas II wojny światowej.

Akcję filmu Noé celowo umieścił w podejrzanych rewirach Tokio, które ukazał jako siedlisko zła, współczesną Sodomę i Gomorę. Przygląda się kwitnącemu w dzielnicach czerwonych latarni biznesowi seksualnemu, który w Japonii jest czymś raczej powszechnie akceptowanym. Podejście do spraw związanych z seksem jest w tym kraju daleko bardziej bezpruderyjne niż w Europie. Japonia to przecież kraj kina pinku eiga – gatunkowych produkcji o silnym zabarwieniu erotycznym, które trafiały do szerokiej dystrybucji już w latach 60. (przegląd najważniejszych filmów gatunku, po raz pierwszy w Polsce, odbędzie się podczas 11. edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu).

Fascynacja reinkarnacją

Fabuła „Wkraczając pustkę” odwołuje się do Tybetańskiej księgi umarłych, buddyjskiego tekstu rytualnego, opisującego stany umysłu po śmierci oraz drogę do reinkarnacji. Jak mówi sam Noé: „Co czuje człowiek, umierając? To pytanie nurtowało mnie jako nastolatka. Nie wynikało to z jakichś religijnych przemyśleń, raczej z zainteresowania książkami o reinkarnacji. Przeczytałem wtedy >>Życie po śmierci<< Raymonda Moody'ego o ludziach, którzy przeżyli śmierć kliniczną. I zacząłem pisać scenariusz. Trwało to z przerwami prawie 15 lat. Wyobrażałem sobie, że byłoby to film w całości widziany oczyma bohatera, który ginie i którego dusza wychodzi z ciała i błąka się po świecie”.

Hipnotyzująca podróż po Tokio - opinie i komentarze (3)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

bobiszu
18-02-2011 - 14:16:31
@1qaz - na Facebooku Ery są konkursy. Można wygrać wejściówki.
  (0)
Odpowiedz
1qaz
17-02-2011 - 13:16:33
Same dobre pozycje widzę na ENH, niestety mimo posiadania biletu nie mogłem wybrać się na festiwal, ale trzeba będize nadrobić..
  (0)
Odpowiedz
tomson
11-02-2011 - 01:53:43
Kurczę, nie widziałem. Muszę koniecznie zobaczyć, Nowe Horyzonty zawsze dają dobre filmy :)
  (0)
Odpowiedz

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
03.04.2015

Recenzja: "Violet"

„Violet” to przepięknie sfotografowana i przejmująca impresja filmowa.

Belgijski reżyser, Bas Devos, wykreował na ekranie intrygującą wizję. „Violet” to film hermetyczny i nie dla każdego. Jeśli jednak wczujesz się w jego rytm i dramaturgię, może cię wciągnąć bez reszty. Hipnotyzujące są zwłaszcza zdjęcia Nicolasa Karakatsanisa, w których teledyskowa forma spotyka się z nieśpieszną kontemplacją otoczenia. „Violet” to ciche arcydzieło, opowiadające o ciszy po burzy. To wizja piorunująca, a zarazem odważna i bezkompromisowa. Film składa się z ciągu luźnych obrazów, układających się w przejmującą całość, po której obejrzeniu autentycznie śniły mi się koszmary. Dawno żadna filmowa produkcja tak mnie nie zahipnotyzowała i nie wzbudziła we mnie równie wielkiego niepokoju.

„Violet” to enigmatyczna, pełna napięcia i niedopowiedzeń opowieść o wrażliwym piętnastolatku, zmagającym się z traumą po śmierci przyjaciela, który zginął na jego oczach. Film opiera się na zaskakujących kontrastach. W czasie jego oglądania przypomniały mi się słowa słynnej fotograf Diane Arbus o tym, że im więcej widzimy, tym mniej wiemy.

Recenzja: "Violet" - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się