„Swobodne opadanie” to dowód na ogromny talent i wielką wyobraźnie węgierskiego filmowca, którego nazwisko warto zapamiętać.

György Pálfi niebanalnie opowiedział w tym filmie o rzeczach na pozór banalnych. W „Swobodnym opadaniu” intrygująco podąża poza schematy i oczekiwania widzów. Ten baczny obserwator świata i różnych absurdów to zarazem reżyser o wielkim potencjalne i talencie.

Jego film pełen jest nadmiarów, których cząstki wyżywają się w zachowaniach bohaterów, dając upust jego szalonej wyobraźni. Pálfi ma w sobie niesamowitą umiejętność łączenia ze sobą elementów z różnych światów. Można odnieść wrażenie, że w czasie pracy nad filmami puszczają mu wszelkie hamulce, nad którymi potrafi jednak zapanować. Węgry to nie jest kraj dla reżyserów takich jak on. Trzymam więc kciuki za jego kolejne projekty. Zwłaszcza, że marzy mu się zekranizowanie „Głosu Pana”, powieści fantastyczno naukowej autorstwa Stanisława Lema. To trudne zadanie, ale „Swobodnym opadaniem” Węgier udowodnił, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Szczególnie, że jedna z pokazanych w tym filmie historii skojarzyła mi się ze słynną sceną z „Widma wolności” Luisa Bunuela. Ten reżyser garściami czerpie też z ulicznych i popkulturowych inspiracji. Niewykluczone, że dla niego nawet absolut jest dziurawy. „Swobodne opadanie” to film nierówny i nie dla każdego, ale ze wszech miar godny uwagi.

Pálfi dopiero się rozkręca i zaryzykuję postawienie tezy, że nic, co odjechane, nie jest mu obce.

 

Czym urzeka „Swobodne opadanie”? - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Choć temat filmu „Zupełnie nowy testament” wydaje się odważny i ryzykowny, wyszła z tego świetna i zaskakująca komedia.

Produkcja w reżyserii Jaco Van Dormaela skojarzyła mi się z książką „Valis” Philipa K. Dicka, w której główny bohater spotkał Boga i młodą dziewczynę, a z tej dwójki dziewczyna spisała się lepiej.

„Zupełnie nowy testament” to pełna absurdalnego humoru i gagów komedia o tym, że trudno być Bogiem. Uważam ją za znakomitą i mądrą lekcję dystansu do siebie i innych, a przede wszystkim - autoironicznego myślenia. W trakcie seansu warto się zastanowić, z kogo tak naprawdę się śmiejemy.

Jednocześnie to naprawdę świetna zabawa, dowodząca niesamowitej i nieskrępowanej wyobraźni belgijskiego filmowca, który przed laty zasłynął intrygującym filmem „Mr Nobody”. Do „Zupełnie nowego testamentu” zaprosił wspaniałych aktorów takich jak Benoît Poelvoorde („Nic do oclenia”), Yolande Moreau („Serafina”) czy Catherine Deneuve. Wszyscy spisali się na medal i zasługują na oklaski.

Całkiem możliwe, że ten film przypadnie do gustu ekipie z Monty Pythona i fanom angielskich komików. Zwłaszcza, że ma w sobie siłę, dowcip i urok słynnego „Żywotu Briana”. Jakkolwiek wizja świata przedstawiona przez Van Dormaela wydaje się być tragikomiczna, warto szukać w nim pozytywnych stron. „Zupełnie nowy testament” to ciepła komedia, zaludniona przez cudowne smaczki i pozytywnie zakręconych bohaterów.

 

 

Zupełnie nowy „,Monty Python”? Recenzja „Zupełnie nowego testamentu” - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się